sobota, 7 marca 2009

Yellow Pages III: Zamieszanie wokół eutanazji

Cytatów nie będzie. Może uzupełnię później.

W mediach znów rozpętała się burza w sprawie, którą określa się jako sprawę "eutanazji". Jest to oczywiście jeden z przekrętów medialnych i nie największy wcale z dowodów na to, jak bardzo prasa się wysługuje ideologom.

Póki co, zapamiętałem dwie sprawy: jedna we Włoszech, gdzie w końcu odłączono od aparatury osobę w stanie wegetacyjnym, a ostatnio i jedna w Polsce. W obu tych sprawach odbyło się starcie dwóch obozów: "Atanastów", którzy chcieliby każdemu człowiekowi przedłużać życie w nieskończoność, oraz "Eutanastów", którzy chcieliby jak najszybciej pozbyć się uciążliwych chorych i niedołężnych ludzi. Ludzie normalni, nie należący do żadnego z tych obozów, jak to zwykle, nie mają nic do powiedzenia. A przynajmniej nikt w prasie się za nimi nie opowiada.

Nie zamierzam polemizować z tymi idiotami, eutanastami. To są po prostu zakamuflowani mordercy (lub samobójcy).

Nie zamierzam również polemizować z tymi idiotami, atanastami. Przedłużanie każdemu człowiekowi życia w nieskończoność jest sprzeczna z prawem naturalnym. Jest to więc kolejna lewicowa ideologia.

Co ciekawe, dokładnie te argumenty wytaczają przeciwko sobie te dwa obozy. Jedyne co względem tego, co pokazuje prasa, jest nienormalne, to opowiadanie się za tymi dwoma poglądami jednocześnie. Jak to się im udało, żeby postawić jednoznaczną sprzeczność jednego z drugim? Bardzo prosto: należało tylko wyznaczyć obszar, który sam w sobie jest sprzecznością i nie mówić o jego istnieniu.

Normalnych ludzi bowiem eutanaści oskarżają o atanazję, a atanaści o eutanazję. Jeśli więc posługiwać się warunkami stworzonymi przez prasę, to możesz być albo eutanastą, albo atanastą - a twór będący jednym i drugim stoi sam ze sobą w logicznej sprzeczności, więc istnieć nie może. Sprytnie, nie?

A polega to na takim zdefiniowaniu eutanazji i atanazji (tak, przyznaję się, pojęcie wymyśliłem sam, bo nie znalazłem w otaczającej mowie niczego podobnego; słowo to powstało z greckich "a-" - zaprzeczenia i "thanatos" - śmierć), żeby oba te pojęcia przywłaszczały sobie część poglądów wyznawanych przez ludzi normalnych. Pozwala to przeciągać normalnych ludzi do obozu eutanastów lub atanastów.

I żeby było jasne - ideologii eutanastów nie definiują eutanaści. Ideologię eutanastów definiują atanaści, a ideologię atanastów - eutanaści. Nie jest to bowiem żadne uczciwe postawienie sprawy na zasadzie: "jestem kimś takim i wyznaję takie-a-takie poglądy", nawet żeby były one bardzo skrajne. Jest to działanie typu "przyprawiamy sobie nawzajem gęby". To właśnie normalni ludzie są przez eutanastów oskarżani o atanazję, a przez atanastów o eutanazję.

Więc jeśli już stawiać sprawę jasno, to należy raczej powiedzieć, jak atanazja jest definiowana (przez eutanastów), a jak eutanazja (przez atanastów).

Eutanazja zatem jest to wszystko to, co ma prowadzić do śmierci człowieka (nawet jeśli ta śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych). Eutanastą jest zatem każdy człowiek, który uważa, że jakiś człowiek powinien umrzeć. Do przejawów eutanazji zatem zalicza się zarówno zabijanie człowieka, którym trzeba się opiekować, zabijanie człowieka, który cierpi z powodu ciężkiej choroby (żeby się "nie męczył"), jak również odcięcie od aparatury człowieka, który jest już rośliną (umarł jego mózg).

Atanazja natomiast (czyli zestaw poglądów potępianych przez eutanastów) jest to obrona życia za wszelką cenę, również obrona życia zupełnie bez sensu, podtrzymywanie pewnych oznak życia (najczęściej bicia serca), które wcale nie oznaczają, że człowiek jest żywy i świadomy itd.

Oczywiście eutanaści myślą o sobie zupełnie co innego - oni uważają, że bronią prawa do śmierci, podobnie zresztą atanaści są święcie przekonani, że są obrońcami życia. Oba te obozy mają tylko jedną wspólną cechę - żadna z nich nie stawia na pierwszym miejscu człowieka. W obu człowiek jest rzeczą, na której się eksperymentuje, która nie ma nic do powiedzenia. Paradoskalnie, obie te ideologie są lewicowe i obie są antyliberalne - prawo do śmierci odbiera prawo do życia i odwrotnie. Normalni ludzie, dla których liczą się wartości liberalne, i dla których każdy człowiek powinien mieć prawo do życia i prawo do śmierci równocześnie, są sprzecznością samą w sobie (względem tego, co widzimy w prasie).

Winnymi całego wielkiego zamieszania są jednak atanaści. Eutanaści bowiem są, przynajmniej w Polsce, jedną ze skrajnie lewicowych ideologii, na które w Polsce jest, delikatnie mówiąc, umiarkowane zapotrzebowanie i które zyskują u ludzi niewielki posłuch. Trochę inaczej jest w tzw. "starej unii", ale prawdę mówiąc więcej się o tym mówi, niż jest w tym prawdy. Nawet zresztą w całej Europie nikt eutanastów nie traktuje wcale aż tak poważnie, jak by to wynikało z doniesień prasowych (zdominowanych zresztą przez środowiska lewicowe - i nie jestem pierwszym, który to stwierdził, co więcej, ja to tylko powtarzam po innych). Każdy Anglik lub Francuz, pełen górnolotnych frazesów o tolerancji, w przypływie szczerości (np. po dużej ilości napojów "wysokoskokowych") może wam powiedzieć, co się "naprawdę" myśli o tych ideologiach i ludziach. I tak samo nikt nie myśli poważnie, żeby eutanazja mogła stać się prawem. Przyczyna jest oczywista - zgódź się na eutanazję, to potem ciebie "coś" spotka.

Atanaści jednak rozpętali przeciwko tym nieszkodliwym idiotom taką nagonkę, że łatę eutanasty przykleili i prawdziwym eutanastom i normalnym ludziom. Okazuje się, że eutanastą jest każdy, kto ośmieli się w jakikolwiek sposób "przyczynić" do śmierci człowieka, choćby przez nic nie robienie. A jeśli już trafiło się, że ktoś jest podtrzymywany przez aparaturę - to już kaplica. Oczywiście aparatura może dzisiaj już podtrzymywać życie człowieka praktycznie w nieskończoność. Co prawda nie doszło jeszcze dzisiaj do czegoś takiego, że ktoś przeżył już 100 lat, od 30 lat jest podtrzymywany sztucznie przez aparaturę. Byłby to bardzo ciekawy przypadek, bo ktoś mógłby zadać pytanie: przepraszam bardzo, wszyscy jego kumple, których żadna aparatura nie podtrzymywała, już dawno wyciągnęli nogi - to ile jeszcze do jasnej cholery czasu mam go podtrzymywać???

Ja mam tylko nadzieję na jedno: że w którymś momencie duch tego sztucznie podtrzymywanego człowieka objawi się tym zażartym obrońcom życia i ich opierdoli. I każe natychmiast odłączyć jego sztucznie ożywiane zwłoki od aparatury. Przydałoby się to, zwłaszcza że atanaści zwykle są związani z "środowiskami chrześcijańskimi", więc to by był na nich dobry hak. Niestety na to akurat nie mamy wpływu.

Ale o - właśnie tutaj wyraziłem pogląd ludzi "normalnych", które mogą spowodować, że atanaści natychmiast przyczepią mi łatkę eutanasty. No bo jak to - odłączyć od aparatury? To jest zabójstwo, morderstwo, obrzydlistwo!

W ten właśnie sposób atanaści wpychają normalnych ludzi w objęcia eutanastów. Każdy normalny człowiek wie bowiem, że sztuczne podtrzymywanie życia człowieka, który jest już biologicznie martwy, to mniej więcej coś podobnego, jak hodowanie rybek w akwarium - tyle tylko, że znacznie bardziej kosztowne i zdecydowanie nieetyczne, skoro jest to zabawa ludzkimi zwłokami.

Dochodzi do tego również kwestia kosztów. Ja rozumiem, że być może kobiecie, która straciła męża, jest ciężko z tym, że nie miała środków na jego leczenie - ale nie rozumiem, dlaczego nie mógł jej ktoś po prostu pomóc. Najlepiej, żeby zresztą ci atanaści zajęli się właśnie taką działalnością. Jeśli chce się, żeby życie człowieka beznadziejnie chorego ktoś podtrzymywał, to niech dadzą na to środki.

Co ciekawe - i to właśnie pokazuje, że sprawa "eutanazji" z Włoch nie jest prostą sprawą - nie chodziło tutaj tylko o kwestię odłączenia od aparatury. Znalazła się bowiem fundacja, która chciała przejąć finansowanie przedłużania życia tej kobiety. W tej sytuacji ja bym nie protestował - jeśli ktoś chce sam finansować owe przedłużanie agonii, jego sprawa. Protestuję jedynie przeciwko żądaniu, aby ktoś finansował coś, czego finansować nie chce, tylko dlatego, że "tak jest etycznie". Natomiast w podanej sytuacji nastąpiło odłączenie od aparatury, mimo że znalazł się ktoś, kto chciał finansować przedłużanie życia. Świadczy to o tym, że odłączenie od aparatury nastąpiło z przyczyn czysto ideologicznych.

I tu właśnie wyjaśnię, dlaczego ten artykuł znalazł się pod "Yellow Pages".

Nikt, ale to absolutnie nikt z relacjonujących owo zdarzenie w prase nie przytoczył jednej, bardzo istotnej informacji: czy owa kobieta miała orzeczoną przez lekarza śmierć mózgu. Nikt właściwie nie powiedział, na ile ta kobieta miała badany mózg i na ile jest on uszkodzony i czy będzie mogła odzyskać pełną sprawność. Inaczej mówiąc, poza ogólnikowym stwierdzeniem, że ta kobieta jest już warzywem, nie dowiedzieliśmy się nic na temat przyczyn, dla których odłączono ją od aparatury.

Może w przyszłości będą jakieś metody pozwalające takie osoby wyleczyć, odgryzają się atanaści. Jasne. Moim zdaniem nastąpi to dopiero w czasach, gdy wyhoduje się sztuczny mózg (i wszystkie inne organy) i będzie można mu ten mózg przeszczepić. Póki co, na taki wynalazek się nie zanosi. Co więcej, nawet jeśli, załóżmy teoretycznie, znajdzie się w przyszłości sposób na wyleczenie tej osoby, to wciąż nie wiadomo, czy ktoś będzie mógł za to leczenie zapłacić!

To prawda, że dzisiaj kryteria określające możliwość przeżycia człowieka pozwalają przeżyć większej ilości osób - ale przecież dzieje się tak również dlatego, że dziś można wyleczyć choroby, na które dawniej ludzie umierali. To prawda, że prof. Stephen Hawking w XVI wieku dawno by wyciągnął nogi - ale nie mówimy o możliwościach przeżycia w jakiejś nieokreślonej przyszłości, gdy takie przeżycie będzie możliwe, tylko o możliwości przeżycia tu i teraz. Pan prof. Hawking mógł przeżyć nie tylko dlatego, że istniała aparatura, która mogła mu przedłużać życie. Również dlatego, że mimo paraliżu ciała ten człowiek mógł pracować i nadal mieć osiągnięcia naukowe, więc koszty utrzymania go przez aparaturę mógł pokryć sam bez niczyjej łaski.

Powiedzmy więc może sobie szczerze i jasno - zabójstwem jest odebranie życia człowiekowi zdrowemu, poruszającego się (nawet w ograniczonym zakresie) o własnych siłach, człowiekowi świadomemu. Natomiast jeśli ktoś z przyczyn naturalnych umiera - to trudno, widać przyszedł na niego czas. Jeśli się mu podtrzymuje życie, to fajnie, może pożyje potem jeszcze jakiś czas. Natomiast nikt nie może mieć pretensji, że ktoś komuś życia nie uratował lub nie przedłużył!

Ja rozumiem, że ktoś może potem mieć wyrzuty sumienia, że komuś nie pomógł, ale tak naprawdę to jest wynik szantażu ze strony atanastów. Odmawianie komuś prawa do życia dla nich to zabójstwo, a nieudzielenie pomocy w celu uratowania życia jest dla nich odmówieniem prawa do życia.

Problem w tym, że gdyby pójść jeszcze dalej, to okazałoby się, że skoro ja mam komuś ratować życie, a jeśli tego nie zrobię, to odmawiam mu prawa do życia - to znaczy, że owo prawo do życia nadaję mu w tym momencie właśnie ja! I w tym momencie jest drobny problem - na jakiej podstawie ktoś ma mi mówić, czy ja mam owo prawo do życia komuś dać, czy nie? Jeśli los zdarzył, że mam władzę nad życiem i śmiercią określonego człowieka, to dlaczego ktoś ma mi dyktować, co mam z tym prawem zrobić? Chcecie, to szukajcie - nie ma żadnego prawa naturalnego, ani boskiego, które nakazuje coś konkretnego robić w tej sytuacji.

Zwłaszcza właśnie atanaści mówią, że tylko Bóg jest panem życia i śmierci, więc tylko on ma prawo je odbierać lub dawać. Skoro tak, to znaczy, że jeśli ktoś umiera, to dlatego, że Bóg tak chciał, prawda? Czyli udzielenie mu w ogóle pomocy byłoby sprzeczne z wolą Boga!

(Dygresja, ale tylko dla chętnych: Oczywiście, że Bóg dopuściłby do śmierci tego człowieka i oczywiście, że człowiek mógłby uratować owo życie. Dopuszcza się obie możliwości. Jeśli by tak nie było, to w ogóle żaden człowiek nie mógłby uratować żadnemu człowiekowi życia, a tym samym nie miałby takiej zasługi. W historii chrześcijaństwa znane są przypadki, gdy człowiek postąpił niezgodnie z wolą Boga, choć oczywiście nie było to sprzeczne z jego postanowieniami i udało mu się postawić na swoim. Było to możliwe tylko dlatego, że Bóg pozwolił człowiekowi postawić na swoim. Nie zmienia to faktu, że jeśli człowiek tak zrobi, to co najwyżej będzie miał dodatkowa zasługę - natomiast nie otrzyma żadnej "kary", jeśli z tej okazji nie skorzysta!)

Czyli zbierając to wszystko do kupy: gdyby używać prostackich objaśnień owej ideologii, to wynika z tego, że ratując komuś życie postępuje się sprzecznie z wolą Boga, ale z kolei nie ratując komuś życia człowiek staje się mordercą. Inaczej mówiąc: jeśli znalazłeś się w sytuacji bycia czyimś panem życia i śmierci, to masz pecha. Chyba, że jesteś jakimś dyktatorem, ale akurat to pozycji wobec Boga wtedy w najmniejszym stopniu nie poprawia.

To jest szantaż, jeśli mamy nazywać rzeczy po imieniu. I nie wiem, czy ma to jakąś określoną nazwę w psychologii, ale na pewno zjawisko jest bardzo dobrze znane. To jest dokładnie taki sam szantaż, jak komentarze pod twoim adresem ze strony ludzi w tramwaju, bo nie chciałeś ustąpić miejsca siedzącego staruszce (a może właśnie ty jesteś skrajnie wyczerpany i słaniasz się ze zmęczenia - nie masz obowiązku nikomu ustępować miejsca!). Tak samo, jak nie wpuszczenie do kolejki matki z dzieckiem na ręku (oczywiście, że niemowlęta narzucają strasznie bezwzględny rygor czasowy rodzicom, ale zdarza się też, że to "dziecko na ręku" ma jakieś 5 lat i wcale jego harmonogram nie odbiega od harmonogramu dorosłego człowieka!). Tak samo, jak odmowa przeprowadzenia staruszki przez ulicę. Jeśli ja komuś w wyżej wymieniony sposób pomogę, jest to tylko moja dobra wola. Mogę chcieć pomóc i mogę nie chcieć. Jeśli odmówię, to jest to moje prawo. Pomoc w tych wypadkach nie jest w żadnym stopniu moim obowiązkiem. Z tego powodu domaganie się od jakiegokolwiek człowieka pomocy w tych przypadkach jest chamstwem. I nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego postępowania.

I dokładnie tak samo jest w tym przypadku. Powinienem mieć prawo odmówić ratowania życia człowiekowi, jeśli tak zechcę. Powinienem nawet mieć prawo odmówić mu życia po jakimś czasie od jego uratowania, nawet kilku lat. Jeśli to rzeczywiście Bóg jest panem życia i śmierci, to znaczy, że gdyby jego wola była taka, że ten człowiek ma żyć, to sprawiłby cud, żeby ten człowiek żył. A jeśli żadnego takiego cudu nie sprawia, to znaczy, że jego wolą jest śmierć tego człowieka. Tyle.

Przy takim postawieniu sprawy chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, jak ma postąpić w podobnych przypadkach. Jeśli jesteś w sytuacji, że człowiek obok ciebie umiera, a tylko ty możesz uratować mu życie - nie słuchaj tych, którzy ci mówią "nie zastanawiaj się". Właśnie zastanów się. Bo w tym przypadku jesteś panem życia i śmierci. I to niekoniecznie absolutnym - czasem próba uratowania życia przy nieznajomości stopnia wewnętrznych obrażeń może nawet przyspieszyć śmierć.

Jeśli więc jest to, na przykład, wypadek samochodowy - zrób tylko tyle, ile wymaga prawo (tzn. zadzwoń na pogotowie) - a coś więcej to zrób tylko jeśli jesteś pewien, że uratuje mu to życie. Jeśli jesteś prawnym opiekunem kogoś, kto został ci przekazany w wegetującym stanie - to jest twoja sprawa, czy odłączysz go od aparatury, czy nie. Jesteś panem życia i śmierci i ze sposobu skorzystania z tego prawa nie musisz się przed nikim tłumaczyć. Oczywiście mówię tylko o sytuacji, gdy owo prawo zostało nadane przez niespodziewane okoliczności, w których się człowiek znalazł, a nie zostało one samodzielnie przezeń "wypracowane" (na przykład, postrzeliłeś człowieka, i masz szansę uratować go przed wykrwawieniem się). Jak by nie było, sprawa jest prosta: co by było, gdyby nie było ciebie na miejscu i w ogóle nie miałbyś wpływu na całą sytuację? Jeśli by ten człowiek umarł w tym przypadku, to jego śmierć w sytuacji, gdy mogłeś uratować mu życie, jest tylko naturalną koleją rzeczy, której ty nie zaburzyłeś. Tyle.

A eutanazję należy nazywać po imieniu. Eutanazja jest to zabicie człowieka, który żyje "ale co to za życie". Najczęściej jest to śmierć na życzenie człowieka, którego sytuacja życiowa jest beznadziejna. W tym jednym przypadku oczywiście również mam swoje zdanie, to znaczy - jeśli człowiek jest w stanie sam żyć, ale nie chce już dłużej żyć - to niech popełni samobójstwo. Jeśli tak koniecznie chce, to niech mu się nawet wykonanie tego ułatwi: jego wola, to niech ją spełni. To oznacza, że:


  1. jeśli ta beznadziejnie chora osoba chce umrzeć, to należy ewentualnie przygotować jej zestaw do śmierci. Ta osoba musi sama jednak wykonać kluczowy ruch niezbędny do uruchomienia mechanizmu pozbawiającego ją życia.
  2. jeśli śmierci tej osoby chce ktokolwiek inny - niech idzie się wypałować
  3. ludzie, którzy utrzymują życie tej chorej osoby mają prawo zaprzestania jego finansowania. Jeśli to oznacza, że w szpitalu mają tą osobę przedstać utrzymywać przy życiu, to tak mają zrobić.


Na pewno rozmijam się tutaj z poglądami tzw. "środowisk chrześcijańskich" (których bezmózgie ideologie są dokładnie tak samo lewicowe, jak ideologie gejów, lesbijek i eutanastów), natomiast trzymam się jednej zasady: w społeczeństwie uważa się, że człowiek jest właścicielem swojego życia, a w społeczeństwie szanującym zasady każdy człowiek ma prawo dysponować jak chce wszystkim, co do niego należy, a także nikomu nie wolno dysponować jego własnością bez jego zgody. Każdy, kto szanuje liberalne zasady wie, że człowiek ma prawo do życia i prawo do śmierci, w tym również prawo do przedłużania sobie życia w nieskończoność (na ile on lub ktoś inny jest w stanie to finansować) i prawo do odebrania sobie życia. I nikomu nie wolno człowiekowi ani tego prawa odbierać, ani mówić mu, z którego z tych praw ma skorzystać.

Tyle wystarczy, żeby utrzymać społeczeństwo w stanie nie pożerającym sie nawzajem. Do niczego ponad to człowiek nie może być zmuszany. Co ponad to powinien był dopełnić, a nie dopełnił, to będzie się już sam osobiście rozliczał przed Bogiem. Niezależnie od tego, czy w niego wierzy, czy nie.

środa, 31 grudnia 2008

Yellow Pages II

No tak, wiedziałem, że mi to będzie szło jak po żwirku. Może później zacznie się pokazywać coś więcej.

Re: Rewolta na ekranie



Ha! A więc jednak sąd wykazał się refleksem i wydał szybko wyrok w sprawie "puczu dokonanego przez kilku członków rady", posługując się logiką p. Gosiewskiego. Na dodatek stwierdził, że ów "pucz" to nie był pucz, ale całkiem legalne postępowanie.

Oczywiście nadal żadne z mediów nie podało żadnej podstawy prawnej, ani uzasadnienia wyroku podanego przez sąd. A takie to niby było pewne, że rada w niepełnym, nawet o jednego członka, składzie, nie może podjąć żadnej wiążącej decyzji (choć oczywiście dla mnie to brzmi jak idiotyzm, o czym pisałem). I znów mamy taką sytuację: jedni oni mówią, że to bezprawne, drudzy oni, że całkowicie zgodne z prawem, a dla nas nie ma to i tak większego znaczenia. Rozsądził sąd i tyle.

Na dodatek dowiedzieliśmy się po raz kolejny, że telewizja kłamie. Tzn. dokładnie to albo telewizja kłamie (w osobie p. Rudomino), albo p. Michał Kamiński, który w czasie tego "puczu" twierdził, że sytuacja finansowa telewizji polskiej jest bardzo dobra, więc nie ma potrzeby wprowadzać zarządu komisarycznego (nawiasem mówiąc, ciekawe na jakiej podstawie tak twierdził, bo nie sądzę, żeby oglądał jakieś papiery, z których można by podobną opinię wydać, pomijając już fakt, czy ktoś by mu je pokazał). Pewnie więc telewizja w osobie p. Rudomino kłamie twierdząc że sytuacja finansowa telewizji jest bardzo trudna. Dziwnie jakoś wierzyłbym tej drugiej osobie. Zwłaszcza że wszyscy pamiętamy, na jakie pieniądze opiewały kontrakty z pp. Lis, nie wspominając już o Patrycji Koteckiej. Zarząd właśnie rozpaczliwie usiłuje znaleźć kruczek, aby ją w miarę tanio zwolnić, bo kontrakt, załatwiony jej jeszcze przez jej chłopaka, opiewa na wielotysięczną odprawę. A zespół redakcyjny "Wiadomości" już się nie może doczekać.

Ja trzymam za nich kciuki, choć raczej jako kibic.

Rzucanie butami w leżącego



(komentarz Wprost)

Maciej Szopa postanowił zasłynąć w typowo polskim dziennikarskim stylu - znaleźć kogoś, kogo można opluć, i opluć. Mniej więcej tak, jak ten słynny dziennikarz, który po kilku nieudanych skokach Małysza nazwał go "drugim Gołotą".

Łatwo teraz krytykować Busha za wojnę w Iraku. Ale gdbybym przypomniał, co niekiedy ci sami ludzie, którzy go teraz krytykują, mówili jeszcze przed wojną w Iraku, wielu chciałoby mi zalepić usta. Zanim zaczęła się wojna w Iraku, wszyscy nic tylko mówili o ludobójstwie, o politycznym terrorze, o cierpieniach ludzi, które trzeba zakończyć, a Bush zaatakował dopiero wtedy, gdy zaistniał pretekst sensowny dla niego i dla jego kraju (przypomnę: niezgodzenie się na inspekcję). A twierdzenie w tamtym czasie, że napaść na Irak była podyktowana ropą, uważane było za obciach. Teraz, jak Bush odchodzi w niesławie, trzeba go dobić wszystkim, co tylko możliwe.

Co bardzo ciekawe w tej sprawie, ten "gest" wydaje się być dobrym kompromisem. Z jednej strony jest to gest niezwykle obraźliwy (w mniemaniu Arabów), symbolizuje bowiem, że ten, w kogo się rzuciło, jest kimś niżej niż but, który stąpa po ziemi i się brudzi. W europejskim zaś rozumieniu tej sprawy, rzucanie butami jest czymś, co robią wyłacznie dzieci (dorosłym, cywilizowanym ludziom po prostu nie przystoi). W świecie arabskim więc ów dziennikarz jest uważany za bohatera narodowego, natomiast dla "europejskiej cywilizacji" taki dziennikarz zachowuje się po prostu jak dziecko, które buntuje się, że nie zje kaszki. Dzięki temu wszyscy są zadowoleni i wszyscy się śmieją: Arabowie śmieją się z Busha, że został tak poniżony, a Amerykanie i Europejczycy śmieją się z dziecinady dziennikarza, którego po owym "incydencie" puścili "w skarpetkach".

Oczywiście istnieją też ludzie, którzy mają cechy wspólne z jednymi i drugimi: są to mierne dziennikarzyny pokroju pana Macieja Szopy, które nie wiadomo, czy solidaryzują się z Arabami i uważają, że jak się kogoś nie lubi to należy rzucać w niego butami, czy też są jeszcze za głupi, żeby zrozumieć, że po prostu do dziennikarstwa jeszcze nie dorośli.

Mam tylko nadzieję, że Wprost będzie umiał się przekonać do "kwiatów młodego dziennikarstwa" i odesłać te kwiatki tam, gdzie kwiatków miejsce - na zieloną trawkę. Najlepiej w skarpetkach.

Lord of the world



Już tak bez związku z żadną konkretną informacja.

Dziennikarze z całego świata prześcigują się w opisywaniu, z jak wielkimi wyzwaniami będzie musiał zmierzyć się nowy przywódca USA. Co oczywiście również znamienne, żaden z nich nie napisał niczego konkretnego. Wszyscy oczywiście mówią o zmianie (cokolwiek by to nie znaczyło) i o kryzysie, którego skutki oczywiście wszyscy widzą na własne oczy, a przyczyny oczywiście wszyscy znają. Oczywiście tylko teoretycznie.

Jakiś czas temu na stronach "Wprost" pokazano, co nasi politycy wiedzą o przyczynach kryzysu w USA, a konkretnie, że nie mają o tym zielonego pojęcia (mimo że informacje na ten temat można bardzo łatwo znaleźć).

Powiedzmy więc może wprost, co o tym wiadomo: mówi się, że chodzi o ludzi, co nabrali kredytów na zakup nieruchomości i nie mają teraz z czego ich spłacić. Wydaje się to takie banalne, ale cóż, takie są realia - jeśli kredytów nabrało milion ludzi w jednym banku i 75% z nich zbankrutowało i nie może spłacać kredytów, to bank nie może płacić odsetek inwestorom i ma problemy z dotrzymaniem swoich wierzytelności.

To nie do końca takie są realia. Myk polega na tym, że rozmawiałem z osobą, nazwijmy to, bardzo blisko siedzącą całej sytuacji. Wygląda to, powiedziałbym, mniej więcej tak, jak o tym mówią, tylko po prostu o wiele, wiele gorzej.

Z naszej perspektywy to się tak wydaje, że Amerykanie w porównaniu z nami są bogaci. Nie są. Wszyscy mieszkańcy dużych miast w Polsce, którzy mają własne mieszkanie, za które nawet załóżmy że spłacają kredyt, są bogatsi od 3/4 Amerykanów. I to akurat słyszałem już od dość dawna, choć ten pogląd nie był wcale popularny. Raczej wiele mówi się o tym, że Amerykanie zarabiają w dolarach wiecej, niż my w złotówkach.

Możliwe. Z tą tylko różnicą, że Polacy za darmo chodzą do szkoły podstawowej, średniej, a nawet na studia dzienne. W Ameryce nie ma tak pięknie - w Ameryce wykształcenie kosztuje - i to wcale nie małe pieniądze. To nie są pieniądze, które przeciętna Amerykańska rodzina jest w stanie wyasygnować, a już zwłaszcza jeśli ma więcej niż jedno dziecko na utrzymaniu.

Więc jak w ogóle to możliwe, że Ameryka nie stała się krajem roboli i pastuchów (bo gdyby tak rzeczywiście trzeba było płacić ochoczo za wykształcenie, to stać by na nie było raptem 10% społeczeństwa, i to mocno w porywach)? Oczywiście z pomocą przychodzą banki. Dzięki temu było możliwe, że przez tak długi, długi czas ludzie rządzący Ameryką nie dostrzegali tego problemu, co więcej, wydawało się, że tak to wszystko właśnie jest urządzone najlepiej.

Wygląda na to, że ludzie rządzący krajami naprawdę niczego się nie uczą. Bo reguła, że przyczyna wszystkich kryzysów od mniej więcej 200 lat zaczyna się od banków, sprawdza się póki co w 100% (a konkretnie sprawdza się tak dobrze od czasu, gdy banki zaczęły mieć tak istotny udział w gospodarce). I jak na razie wychodzi na to, co wcale jakoś mnie nie cieszy, że już nawet Polska znacznie lepiej się przygotowała na ewentualny kryzys, niż USA, poprzez bardzo ostre restrykcje nakładane przez KNF. Ale gdyby w Polsce wszystkim przyszło płacić za wykształcenie i praktycznie za wszystko, co się rusza, szybko mielibyśmy dokładnie taki sam kryzys i u nas, mimo KNF.

Popatrzmy chociażby na kilka ostatnich kryzysów, ot chociażby kryzys w Korei Południowej (Hangug). Oczywiście, że gdyby dokładnie to sprowadzić do tego, skąd się to wszystko wzięło, to właśnie stąd, że przedsiębiorstwa angażowały się finansowo w przedsięwzięcia, które niekoniecznie okazały się zyskowne, ale póki banki skwapliwie je finansowały, nikt nie dostrzegał problemu. Gdy banki powiedziały "dość" było już trochę za późno.

A jakiś czas temu w Polsce tak obsobaczano ludzi, że żyją ponad stan, że nabrali kredytów, których nie mogą spłacić, bo chcą żyć jak bogaci ludzie, i że tak bez sensu nawydawali te pieniądze, których nie zarobili i nie mają szansy zarobić. Oczywiście w Polsce banki nie cykały się z ludźmi - w Polsce golono ludzi do gołej skóry, niespłacone mieszkania sprzedawano za bezcen, a ludziom mówiono tylko: czemu tak głupio bierzecie kredyty na życie, na które was nie stać? I w sumie mówiono słusznie.

A W USA? W USA ludzie żyją ponad stan i to mocno ponad stan, tyle że im nikt nic nie mówi, bo po prostu ludzie nie mają wyjścia. Jeżeli ktoś nie dostanie się na studia, czy nawet do jakiejkolwiek marnej szkoły, nie ma szans potem na znalezienie sensownej pracy (czytaj: innej, niż sprzedawanie buł w "donaldach"). Żeby jednak te studia jakoś przeżyć, trzeba wziać kredyt, a żeby tylko zdobyć klienta potencjalnie spłacającego kredyt, roznosiciele kart kredytowych wciskali je wszystkiemu co się rusza i odrobinę sprawia wrażenie chcącego to później spłacać (wszystko oczywiście ściśle proporcjonalne do prowizji, jaką wciskaczom płacił bank).

Jaki mamy tego efekt? Tysiące ludzi, którzy chcą studiować, aby zdobyć wykształcenie, pozwalające na zdobycie sensownej pracy, tysiące ludzi, którzy odebrali pseudowykształcenie i nie są w stanie swojemu pracodawcy zapewnić wystarczająco sensownych zysków, więc i pracodawcy nie są głupi i nie płacą im wcale kokosów.

Jeszcze gorzej jest na uczelniach, bo tam płacą jeszcze gorzej niż "w komercji". A na dodatek wakacje są tam długie, ale bezpłatne. W efekcie tak naprawdę ludzie, którzy w ostatnim czasie rzeczywiście w istotny sposób zaznaczyli się w Amerykańskiej gospodarce, to ludzie, którzy zostali wykształceni jeszcze na europejskich uczelniach, a do Ameryki pojechali za kasą. W ostatnim czasie jednak Ameryka przestała być tak atrakcyjnym krajem do emigracji.

Efekt mamy mniej więcej taki: coraz więcej młodych ludzi nie kończy żadnych szkół i nie idzie po żadne wykształcenie. Utrzymanie ich w domu przez rodziców wychodzi taniej, niż płacenie bajońskich pieniędzy za wykształcenie, po którym nikt mu nie gwarantuje uzyskania pracy, z której się odkuje!

Oczywiście najlepiej wychodzą na tym ci, którzy umieją sensownie kombinować: to znaczy, wezmą oczywiście kredyt na studia, ale kują jak głupi, bo wiedzą, że inaczej skończą w długach. Potem dostają dobrą pracę, kupują samochód, spłacają, kupują jakiś mały lokal, spłacają, sprzedają, kupują większe itd. Ale do tego celu trzeba mieć trochę oleju w głowie i umieć kombinować. Nie biorą po prostu kredytu, aby kupić coś, na co ich nie stać. Właściwie to mówiąc najbardziej wprost: nie żyją ponad stan. A jednocześnie ten ich "stan" jest wysoki (umieją sobie na niego zapracować).

Natomiast jeśli się nie umie kombinować, to najlepiej zrobić tak: nie kuć, nie iść do żadnych szkół, żyć na łasce rodziców, od czasu do czasu dorobić sobie sprzedawaniem buł. I to odnosi się do ludzi, którzy "nie kombinują", choć być może gdyby poszli na uczelnię okazaliby się dobrymi specjalistami! Czy trzeba więcej, żeby stwierdzić, że jest to system zniechęcający do kształcenia się?

Rafał Ziemkiewicz kiedyś podał takie porównanie pewnemu Amerykaninowi, żeby mu naświetlić, jak wygląda sytuacja w Polsce: wyobraź sobie, że przez kraj przetoczyła się epidemia, która wyrżnęła 3/4 ludzi wykształconych; jak wyglądałby kraj po takim katakliźmie. I twierdzi, że Ameryka w takiej sytuacji i tak byłaby lepsza, niż Polska, bo Ameryka oferując wysokie zarobki ściągnęłaby sobie wykształconych ludzi z krajów europejskich.

Tymczasem Ameryka przecież to robi już od dawna. Może nie ściąga ich w takich ilościach, jak po takiej epidemii, ale też i od pewnego czasu mimo wysokich zarobków niewielu ludzi (pomijając kraje Ameryki Południowej) cokolwiek się do wyjazdu do USA pali. Zresztą, rząd w USA robi i tak wszystko, co możliwe, aby to utrudnić (poprzez wprowadzanie wiz do tych krajów, z których dużo obywateli byłoby zainteresowanych wyjazdem do USA i wprowadzanie ruchu bezwizowego tylko tam, gdzie wyjazd do USA nikogo nie interesuje) - i robi to jak najzupełniej słusznie: wykształcony Europejczyk, nawet zakładając że przyczyniłby się do wysokich zysków amerykańskiej firmy, będzie na starcie miał większe fory, niż jego kolega, który się urodził i wykształcił w USA, bo Europejczyk miał szkołę zasponsorowaną przez państwo, a Amerykanin supłał na to z własnej kieszeni (koszt studiowania ocenia się aktualnie na ok. $5000 rocznie). Oczywiście, w Europie często też się płaci, ale jeśli jest się wystarczająco zdolnym, da radę żeby prześlizgnąć się przez studia, nie płacąc nic bezpośrednio za samo wykształcenie. Zresztą, nawet jeśli się płaci, to w porównaniu z Ameryką są to grosze.

To chyba oczywiste, że $5000 rocznie (czyli należałoby liczyć ok. $500 miesięcznie) to wydatki, na które stać ludzi zarabiających tak od $6000 miesięcznie wzwyż. Dlatego aby studiować należy wspomóc się kredytem, którego banki udzielają nad wyraz hojnie, na tyle wręcz, że nie martwią się o to, jak to później zostanie spłacone. Jeden niespłacony kredyt to problem klienta. Sto niespłaconych kredytów to problemy klientów i ostrzeżenie dla banku. Milion niespłaconych kredytów to problem dla banku. A problemy tysiąca banków? Kryzys finansowy.

I w czym tkwi problem? Nie w niespłaconych kredytach za mieszkania i domy, choć tutaj też nie jest to bez znaczenia. Chodzi o kredyty na wszystko. Chodzi o to, że jeśli chce się przerzucić na obywatela płacenie za wszystko co się rusza, to nie obejdzie się on bez kredytu. A skoro tak, to jest to łakomy kąsek dla banków, które ochoczo wesprą go pożyczką, licząc na krociowe zyski z tej inwestycji w przyszłości. Ponieważ mówimy tutaj o "milionach obywateli", nie są to czynniki, nad którymi ktokolwiek jest zdolny panować. Zresztą, oszczędności w działaniu banku biorą się właśnie stąd, że jedna osoba obsługuje nie dwudziestu kredytobiorców, ale tysiąc. O ile nie więcej.

No i te nieszczęsne domy. Tyle się mówiło w Polsce, że tyle gospodarstw upadło, że ludzie nabrali kredytów na pierdoły, że żyją ponad stan, że kredyty dały im możliwość poczuć się jak ludzie bogaci i zaczęli jak paniska wydawać pieniądze z kredytów na lewo i prawo. Owszem, był w Polsce wtedy taki okres. Paradoskalnie, sytuację uratowały tutaj utarte zwyczaje z komuny: wszystkiego było mało, więc mogło starczyć tylko dla tych, co mieli wtyki i znajomości i tylko ci dostawali kredyty. Pozostali musieli obejść się smakiem, nawet jeśli w porównaniu z istniejącymi klientami mieli znacznie większą zdolność kredytową. I tylko ci, którzy dostali kredyty, wpadli w ową pułapkę. Nie żebym chwalił sytuację z komuny, tylko po prostu dzięki temu została powstrzymana ekspanska banków na wszystkie możliwe obszary działalności. Gdyby banki wtedy w Polsce działały tak dobrze, jak dobrze działały dziś w Stanach, mogliśmy mieć dokładnie to samo.

Zostawmy teraz więc żyjących ponad stan Polaków, którzy zarabiają grosze, i popatrzmy na Amerykanów, którzy, jak nam się zdaje, zarabiają krocie. Ich problemy właśnie również wynikają z tego, że żyją ponad stan - oni bowiem może i zarabiają krocie, ale w wiek produkcyjny wchodzą też z ogromnym długiem. Poza tym w Polsce życie ponad stan to i tak pikuś w porównaniu z tym, co jest w Stanach: w Polsce, na przykład, człowiek potrafi sobie nie kupić samochodu, żeby móc spłacić pierwsze, wysokie raty kredytu na mieszkanie. W Polsce ludzie kupują kawalerki, żeby mieć jakiekolwiek lokum, często samochody za niewielkie pieniądze, aby tylko żeby jeździł. A w Stanach? Tam każdy musi mieć własny dom, a w rodzinie samochód ma każdy, kto tylko jest w stanie zdać na prawo jazdy.

Krysyz ten dało się przewidzieć, oczywiście, jeśli się próbowało. Tylko kto miał mieć kontrolę nad bankami? Prawdopodobnie trzeba będzie ustawowo zwiększyć ilość ludzi do obsługi kredytobiorców, a to spowoduje, że banki przestaną osiągać tak wysokie zyski.

Zwolennicy rozwiązań takich właśnie, że obywatel sam płaci za wszystko - tacy jak, np. p. Korwin-Mikke - na szczęście nigdy nie rządzili i nigdy rządzić nie będą. Bo nawet ci, którzy są zwolennikami monarchii, nie nadają się na to, by być monarchą - bo dobry monarcha powinien myśleć w kategoriach rozwoju kraju. Powinien wiedzieć na przykład, że jeśli w kraju nie będzie miał wystarczająco dużo wykształconych specjalistów, to stanie się krajem pastuchów. Jeśli, z kolei, ci wykształceni ludzie nie będą mogli znaleźć pracy, to mu powyjeżdżają. Musi więc zastosować takie rozwiązania, żeby obywatele łatwo zdobywali wartościowe wykształcenie i łatwo zakładali biznesy. Obowiązek samodzielnego płacenia za studia na pewno temu nie służy.

No i trzeba też pamiętać, żeby nie było aż takiego kultu bogactwa. To też można osiągnąć poprzez wprowadzanie odpowiednich planów zagospodarowania przestrzennego (na zasadzie - ci, co się chcą szczycić wspaniałymi willami, niech się wyniosą tam, gdzie ich nikt nie widzi, a ci, co chcą mieć blisko, niech się mieszczą w założeniach). Wyrazicielem bogactwa też często jest samochód - a tu problem można rozwiązać odpowiednio rozwijając komunikację miejską (rozwiązuje się też w ten sposób inny, istotny problem - korki).

Ja wiem, że to co piszę, jest nieco "wywrotowe". Ale praktyczne. Oczywiście na szczęście ja też nigdy monarchą nie zostanę. Ale mam nadzieję, że kryzysy, w których banki mają duży udział, dadzą włodarzom co nieco do myślenia. I ludziom, którzy owych włodarzy wybierają. Bo właśnie te wszystkie sprawy będą teraz największym wyzwaniem dla następnego gospodarza białego domu.

Strefa



Bojownicy Hamasu odpalili ze Strefy Gazy kolejne rakiety w kierunku Izraela z zamiarem ich zagazowania. Rakiety zawierały gaz łzawiący. Trafiły w okolicę Ściany Płaczu. Niestety terroryści ukradli wszystkie chusteczki jednorazowe, bo skończyły im się gaziki. Gaz w instalacjach również im się skończył, ale negocjatorzy z Rosji obiecali dostarczyć Gaz Promem. Niestety, mimo że przygazowali do gazoportu jak najszybciej, kierowca nie wytrzymał presji i puścił paskudne gazy, gdyż poprzedniego dnia jeździł na podwójnym gazie. W tej tragicznej sytuacji bojownicy Hamasu prędko, gazem, zebrali się potajemnie, otuleni gazą, na naradę wojenną za zamkniętymi drzwiami. Żeby się gaz nie ulatniał.

niedziela, 21 grudnia 2008

Yellow pages I: 21.12.2008

EHLO!

To jest mój próbny projekt - Yellow Pages, czyli "rzeczywistość w żółtych barwach". Pomysł polega na tym, żeby wziąć najnowsze wiadomości wygrzebane na portalach informacyjnych i przedstawić je w określony sposób: prześmiewczy, stronniczy, obrazoburczy, niegrzeczny i nieakceptowalny. Być może, jeśli pomysł mi się spodoba, założę do tego celu nowego bloga; póki co jednak poprzestanę na pisaniu raz na jakiś czas artykułu zbiorczego na tym blogu.

Oczywiście pomysł nie jest nowy; bardziej chciałem sam się w tej roli spróbować, niż zaprezentować coś odkrywczego.


Rewolta na ekranie



Rada nadzorcza Telewizji Polskiej w niepełnym składzie dokonała paru rewolucyjnych decyzji, m. in. zawiesiła dotychczasowy zarząd. Dotychczasowy zarząd nie zamierza jednak wisieć, bo podejmując ową decyzję rada nie miała kworum (jeden z członków był nieobecny). Zbigniew Chlebowski jest zdania, że prawdopodobnie minister skarbu powinien rozważyć wprowadzenie do telewizji zarządu komisarycznego.

http://fakty.interia.pl/polska/news/chlebowski-sytuacja-w-tvp-jest-dramatyczna,1232034

Nie wiem, oczywiście, ile członków liczy owa rada nadzorcza (w żadnym serwisie tego nie podano), ale myślę, że nie ma to większego znaczenia. Głos tego jednego członka raczej nie liczyłby się w owych rozgrywkach. Ale właśnie tym bardziej dlatego nie należało na wszelki wypadek podejmować wiążących decyzji.

Oczywiście również nikt nie podał podstawy prawnej, dlaczego rada nadzorcza po wykastrowaniu jednego członka staje się totalnym impotentem. Załóżmy jednak, że tak faktycznie jest. Nawet jeśli jest to skrajny idiotyzm, bo niech jednego członka np. zaboli brzuch albo przejedzie samochód - i koniec, cokolwiek by się w organizacji nie działo, rada nadzorcza traci całą władzę. Sytuację tę w iście inteligentny sposób skomentował p. Gosiewski: "kilku członków rady nadzorczej próbowało dokonać puczu".

"Sytuacja jest dramatyczna", twierdzi Chlebowski. Zakładam, że skoro tak mówi, to pewnie p. Farfał ściągnął swoich znajomych z Pewnej Organizacji(tm), którzy wtargnęli z kałaszami i "zaprowadzili porządek". A Urbański leży półżywy po zawale serca. Na szczęście nic się wielkiego nie dzieje, tylko po prostu, jak to ze wszystkim w Polsce, w telewizji publicznej wyświetla się czeski film, a o tym, jak faktycznie powinno się było postąpić, zdecyduje sąd. Bo ludzie sami z siebie nie wiedzą, jak należy postępować, żeby postępować zgodnie z prawem.

Niektórzy mają dodatkowo problemy z elementarną logiką. Oto na przykład, jak "prawo do zarządzania własnością" rozumie p. Michał Kaminski:

"Minister skarbu stoi na straży interesów Skarbu Państwa i jego akcje miałyby jakiekolwiek podstawy, gdyby sytuacja finansowa TVP była zła, a sytuacja ta jest bardzo dobra"

Czyli, inaczej mówiąc, jeśli zostało mi przekazane zarządzanie określoną instytucją, to dopóki instytucja nie bankrutuje, "łapy precz", żeby nie wiem jaka wolna amerykanka się w tej organizacji działa. Jest to bardzo osobliwe pojęcie zarządzania, skoro wolno mi reagować dopiero w momencie, gdy coś się sypie finansowo. Gdyby mnie ktoś zaproponował zarządzanie czymkolwiek na takiej właśnie zasadzie, to bym mu uprzejmie odpowiedział, żeby się pierdolił.

<<
W poniedziałek Farfał zamierza złożyć wniosek o zarejestrowanie zmian w zarządzie w Krajowym Rejestrze Sądowym. Siwek zapowiedział, że tego samego dnia złoży w KRS zastrzeżenie do piątkowych decyzji Rady Nadzorczej TVP.
>> (cytuję za Interią). A teraz możemy sobie poczekać - znając rychliwość naszych sądów - pół roku, żeby się okazało, że jednak rada nie miała prawa. Być może wcześniej zbierze się rada nadzorcza, jeśli zbierze się na sesję nadzwyczajną, tym razem już w pełnym składzie, i zagłosuje nad wspomnianymi sprawami ponownie. Będzie to po prostu naprawienie swojego głupiego błędu, a decyzje prawdodpodobnie będą identyczne. Następnie panowie Gosiewski i Kamiński wyłożą nam ponownie arkana PiS-owskiej logiki. A potem sąd wyda wyrok w obu wskazanych sprawach i zdziwi się wielce, że sprawa i tak zresztą już jest bezprzedmiotowa. Jeśli rada nie zbierze się w pełnym składzie wystarczająco szybko, to jeszcze jest zarząd komisaryczny, ale tego PO zrobić raczej nie chce. Nie dziwię się. Wtedy dopiero Gosiewski i Kamiński daliby popis.


Woda napędowa bez bąbelków



82-letni obecnie Daniel Dingel, filipiński naukowiec, wyłudził od tajwańskiego Formosa Plastic Group 410 tys. dolarów na skonstruowanie silnika napędzanego wodą. Dostał za to dożywocie. To znaczy dokładnie to dostał 20 lat więzienia, ale to oznacza, że wyjdzie w wieku 102 lat, a tak długiego życia raczej bym mu nie wróżył.

http://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/ciekawostki/news/sensacja-silnik-na-wode-to,1231954

To ciekawe, zważywszy że silnik na wodę już istnieje. Tzn. istnieją różne systemy napędowe, w których nośnikiem energii jest woda. A może właśnie dlatego przy tak "prostym" rozwiązaniu można sobie było pozwolić na takie oszustwo, że owa tajwańska firma tak długo dawała się robić w balona. Poza tym człowieka w wieku 82 lat raczej serdecznie walą jakieś więzienia nie więzienia. Może przynajmniej będzie weselej na te ostatnie kilka dni życia. Oglądałem jakiś czas temu więzienia zgodne z jakimiś-tam wysokimi normami jakości i przyznam, że aż się chce pójść siedzieć.


Wiódł ślepy kulawego



http://muzyka.interia.pl/pop/news/michael-jackson-uratuje-swiat,1231745,50

Michael Jackson, który ostatnimi czasy nie jest w zasadzie znany z niczego, poza kłopotami z prawem i tym, żeby wszystkie jego części ciała trzymały się kupy, ma nagrać jakąś nową płytę. Pewnie byśmy się o tym nie dowiedzieli, gdyby nie plotka, że razem z nim będzie się produkował niejaki Uri Geller, izraelski showman, paranormalny iluzjonista. Nie wiem, czy mogę napisać coś w stylu "wybitny hochsztapler", ale aż mi się to ciśnie na usta.

Cała ta akcja ma na celu ratowanie świata przed globalnym kryzysem. W jaki sposób? Otóż ma się to odbyć poprzez umieszczenie w tych piosenkach jakiegoś tajemniczego przekazu, który skłoni ludzi do pozytywnego myślenia. Wybór padł na Michaela Jacksona, bo chyba tylko on jest na to na tyle zdesperowany.

Ciekawe podejście. W Polsce śmieją się z polityków, że nie mają pojęcia o tym, skąd się wziął globlany kryzys, a tu proszę. Muzyk, co prawda kontrowersyjny, ale jednak który na scenie muzycznej jak by nie było zjadł zęby (niestety reszta części twarzy jest tylko kwestią czasu), okazuje się podatny na tanie manipulacje (bo przecież Uri raczej nie odwali tej roboty charytatywnie).

Jeżeli p. Geller jednak rzeczywiście jest jakiś paranormalny i faktycznie jakiś przekaz podprogowy umie umieścić w piosenkach Jacksona, to ja bym mimo wszystko wolał tych piosenek na wszelki wypadek nie słuchać. Nie wiadomo tak naprawdę, do czego miałoby mnie to skłonić - czy do pozytywnego myślenia, czy też może do wpłacenia wszystkich moich pieniędzy na jego konto. Lepiej uważać.

Jeśli mu by się jednak cokolwiek udało, to świadczyłoby to o tym, że za wszystkie nieszczęścia związane z kryzysem odpowiada negatywne myślenie. Cóż, ja mam wręcz odmienne zdanie na ten temat. Bo nic innego, jak właśnie trochę "zbyt pozytywne" myślenie skłoniło decydentów z banków, żeby udzielić kredytów ludziom, którzy nie są w stanie tych kredytów spłacić. Jeśli więc jego przesłanie ma spowodować u ludzi jeszcze więcej pozytywnego myślenia, to nawet nie chcę myśleć, jaki kryzys jest w stanie w ten sposób wywołać.

Być może jednak uda się wywołać kolejny kryzys, dzięki czemu będzie wiadomo, na kogo zwalić. I wtedy może i p. Geller nie trafi do więzienia, ale znajdzie się jakiś "ciemny lud", który go ukamienuje. I dzięki temu nie będziemy mieć następnych, jeszcze wybitniejszych hochsztaplerów.

wtorek, 4 listopada 2008

Do szkoły pod górkę

W sprawie polskiego szkolnictwa mam dwie wiadomości: jedną dobrą i jedną złą.

Dobra: istnieje względnie prosty sposób na zlikwidowanie problemu oświaty w Polsce. Konkretnie problemu z tym, że nauczyciele zarabiają grosze, przez co ci, którzy mogliby być wspaniałymi nauczycielami znajdują sobie jakieś godziwiej płatne zajęcie.

Zła: nie będę mówił wprost - każdy się domyśla o co chodzi.

Wyjaśnię jednak, jaki to "prosty" sposób znalazłem. Otóż niskie zarobki w oświacie wynikają głównie z tej przyczyny, że takie a nie inne są nakłady na szkolnictwo. Można je próbować zwiększać, ale doskonale wiemy, że aby to rzeczywiście było z sensem, to należałoby te nakłady zwiększyć tak mniej więcej czterokrotnie. Istnieje zatem oczywiście druga metoda - zmniejszyć ilość pracy nauczycieli (oczywiście to oznacza również zmniejszenie zatrudnienia w oświacie, ale to jest raczej mało istotny problem, biorąc pod uwagę, że w Polsce w dużych miastach nauczycieli chronicznie brakuje). Wtedy przy takich samych nakładach na oświatę można nauczycieli wynagradzać sowiciej. Zamiast więc zwiększać czterokrotnie nakłady - czterokrotnie obniżamy godziny. Krotność jest oczywiście wzięta z sufitu, ale chodzi mi tylko o naświetlenie zasady.

No dobrze, ale z czego w takim razie ciąć?

Jeśli chodzi o nauczanie początkowe, to tu jeszcze nie ciąłbym niczego. Gorzej jest w przypadku następnych klas, gimnazjum i liceum (lub technikum).

Trudno mi jest zacząć od czegoś konkretnego, bo należałoby podawać przykłady, a niewiele mi przychodzi do głowy, ale mógłbym ostrożnie zacząć od moich własnych doświadczeń z liceum.

Chodziłem do klasy o profilu matematyczno-fizycznym, co w praktyce oznaczało tylko jedną godzinę więcej matematyki w tygodniu (różnic jeśli chodzi o fizykę między moją klasą a ogólną raczej nie zauważyłem, więcej, naszej klasie trafiła się nawet gorsza nauczycielka od fizyki, niż tej ogólnej). Oczywiście ta godzina matematyki więcej nie była dla picu - przerobiliśmy dzięki temu więcej materiału z matematyki (np. pochodne i całki, na widok których na studiach baranieli absolwenci techników). Natomiast poza tym cały materiał był identyczny dla wszystkich klas. Mieliśmy więc takie atrakcje, jak:


  • język polski, czyli przetrawianie na wskroś literatury, nie tylko polskiej (chciałoby się rzecz, wbrew nazwie), okresów literackich, analizy wierszy, pisanie wypracowań z analizy różnych utworów literackich (oraz największy koszmar - słuchanie audycji i pisanie z nich relacji)
  • biologia, na której - wówczas - dowiedzieliśmy się co to są strzykwy i wężowidła, dowiedzieliśmy się, jakie są metody oddychania różnych gatunków wodnych żyjątek, a także czym różni się układ krwionośny gadów i ssaków
  • geografia, na której uczyliśmy się np. statystyk wydobycia surowców i stopnia uprzemysłowienia różnych krajów (tak gwoli ścisłości to nie pamiętam, czy to było na pewno w liceum, bo gdybym miał wymienić chociaż jedną rzecz, której na pewno uczyłem się w liceum na geografii, to nie pamiętam dosłownie nic, żeby mnie nawet żelazem przypalali - aha, coś sobie przypomniałem: poznaliśmy ciekawe słówko "eratyk")
  • historia, z której akurat trudno mi sobie cokolwiek konkretnego przypomnieć, tak dogłębnie ją studiowaliśmy; przerabialiśmy np. dogłębnie rzymskich cesarzy, z których pamiętam tylko Trajana, bo akurat o nim przygotowywałem referat
  • chemia, którą nawet trochę lubiłem, ale wątpię, czy komukolwiek poza późniejszymi specjalistami przydają się wiadomości o reakcjach utleniania i redukcji, czy też budowie związków organicznych (a już szczególnie "cyklonów")


W efekcie mogę zatem powiedzieć, że dziś, jako inżynierowi programiście, z tego wszystkiego przydały się w ogóle jedynie matematyka. No dobrze, powiedzmy że też fizyka, chociaż mogła być wykładana trochę lepiej. No dobrze, również język niemiecki, chociaż żałuję, że sporo tego języka zapomniałem, weil ich diese Sprache durch lange Zeit nicht benutzt hat. Muzykę na szczęście szybko zlikwidowali, plastyka była trochę dla rozrywki, praca-technika w sumie też. No dobrze, dałbym też trochę punktów WOS-owi.

Pozostałe przedmioty to było zwykłe marnowanie mojego czasu i narażanie mnie na nikomu niepotrzebny stres. Trudno mi to oszacować, ale co najmniej połowę, jeśli nie 2/3 tych wszystkich godzin, które spędziłem na tych marnujących czas przedmiotach, można by spokojnie zlikwidować i - żeby było ciekawiej - efekt dla całej wykładanej podczas nich wiedzy byłby dokładnie taki sam.

Ja zresztą wcale nie przesadzam z twierdzeniem, że to jest marnowanie czasu ucznia. Bo wcale nie chodzi o to, żeby zlikwidować ilość godzin szkolnych ze średnio 5 dziennie do 2 dziennie. Gdybym nie musiał na przykład wkuwać z historii, polskiego, biologii, geografii, czy chemii tych wszystkich pierdół, to materiał z matematyki i fizyki przerobiłbym w czasie co najmniej dwukrotnie krótszym i mógłbym wcześniej pójść na studia, a tym samym wcześniej zacząć pracę i krócej żerować na rodzicach - a i tak jeszcze byłem w lepszej sytuacji, niż ci, którzy zmuszeni byli brać kredyty studenckie (btw. niedawno właśnie z żoną opijaliśmy święto z okazji całkowitej spłaty jej kredytu studenckiego).

A może nawet i niekoniecznie tak. Bo mimo ogromu wiedzy, jaką przekazuje szkoła, w tej wiedzy, która jest przekazywana teoretycznie młodym ludziom, by przygotować ich do dorosłego życia, są bardzo pokaźne braki. Spróbuję wymienić kilka z nich - niektóre nawet powtórzę za Ziemkiewiczem:

  • Język Polski: umiejętność poprawnego wysławiania się, wypowiadania się z sensem, umiejętność prowadzenia dyskusji, przekazywania informacji i komunikacji
  • Biologia: schemat procesu trawienia, przetwarzania poszczególnych składników odżywczych i wpływ tego procesu na organizm (przykładowo: nigdy w szkole nie słyszałem, ani nie wyczytałem w żadnym podręczniku, że błonnik jest "zapychaczem" umożliwiającym oczyszczanie organizmu, że tłuszcz to jest skompresowany cukier, że wątroba zajmuje się wykonywaniem owej kompresji i dekompresji, a owym procesem steruje trzustka) - co jest istotne choćby ze względu na to, jak człowiek powinien się odżywiać
  • przydałoby się też co nieco ekonomii (pamiętam kiedyś był taki niemiecki bodajże serial w telewizji o podstawach ekonomii - jakoś, kurde, można to było wyłożyć w sposób zrozumiały nawet dla przedszkolaków!); ja przez długi czas nie mogłem zrozumieć dlaczego w ogóle istnieją pieniądze!
  • a przydałoby się też wiedzieć coś o rynku pracy i zatrudnieniu
  • nie wspominając też o podstawach psychologii, co mogłoby dać podstawy do opierania się manipulacjom ze strony mediów


Nie zapomnę nigdy chociażby takiej drobnostki, kiedy w ogóle zrozumiałem, że grawitacja polega na przyciąganiu się mas - zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy uczyłem się do egzaminów na studia! Drobnostka, którą powinien teoretycznie wiedzieć każdy uczeń w środku podstawówki!

Nie wspominając o tym, że na pewno wielu moich kolegów i koleżanek z klasy licealnej wymieniłoby zupełnie inne przedmioty jako niepotrzebne i zupełnie inne elementy wiedzy. Aczkolwiek myślę że istniałaby duża zgodność co do jednej rzeczy: materiału jest niepotrzebnie zbyt dużo z każdego przedmiotu! Ja nawet osobiście uważam, że również z fizyki i matematyki. Oczywiście jeśli ktoś poszedł na profil mat-fiz to nie ma prawa narzekać, że ma dużo materiału z matematyki (ciekawostka - w mojej klasie było sporo ludzi, którzy z matematyką i fizyką sobie radziły cienko, za to dobrzy byli z polskiego i historii; prawda była bowiem taka, że akurat klasę mat-fiz uważało się, może i nawet niebezpodstawnie, za klasę "elitarną" w tym i tak niskich lotów liceum; nie wiem, jaka była tego przyczyna). Ale przenosząc się już na cały system edukacji, niepotrzebnego materiału było od groma - za dużo jak na konieczność dania jedynie "podstaw", po których dopiero miałoby się rozpocząć szkolenie specjalistyczne. Np. elementy fizyki relatywistycznej nie są potrzebne ani przyszłemu prawnikowi, czy lekarzowi, bo nie będzie miał z tym i tak do czynienia, ani programiście, który jeśli będzie tego potrzebował, to i tak będzie musiał to wkuwać od nowa (jak i każdą inną wiedzę biznesową klienta, dla którego będzie tworzył), ani również przyszłemu pracownikowi CERN, który będzie to musiał na studiach i tak dostać wyłożone od podstaw.

A historia? Historia jest w takiej formie, w jakiej jest wykładana w tej chwili w podstawówce, gimnazjum i liceum (za moich czasów nie było gimnazjum, ale nie sądzę, żeby się wiele w związku z tym zmieniło w oświacie, bo o żadnej dokładnej specjalizacji jakoś nic nie było słychać) nie jest potrzebna nawet prawnikom. Przyszły prawnik nie potrzebuje wiedzieć co najmniej połowy tych rzeczy, które są tam wykładane - nie będzie miał z tego najmniejszego pożytku w późniejszej pracy, niezależnie od aplikacji.

Przypominam sobie też, jak kiedyś rozmawiałem z dziadkiem, kiedy byłem tak coś mniej więcej w piątej klasie podstawówki i dziadek dziwił się, że nie wiem o jakiejś tam określonej rzeczy, bo on podobno w moim wieku takie rzeczy już wiedział. Nie wiem, czy mu się nie pomyliło, ale nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda - niewykluczone, że w szkolnictwie około II wojny światowej program nauczania był opracowany nieco sensowniej, i wielu istotnych rzeczy ludzie uczyli się wcześniej. A z drugiej strony, jak miałem - jeszcze w podstawówce - lekcje o wektorach, to ani w ząb nie rozumiałem, o co tam chodzi, a na dodatek jeszcze rodzice nie byli w stanie mi za grosz pomóc. Oczywiście po części wynikało to z ich nieinżynierskiego wykształcenia, ale z drugiej strony wektory to jest akurat dość łatwy temat. Tyle że pewnie mieli w szkole taki sam natłok wiedzy, jak i ja miałem później, więc skąd mieli pamiętać o takich pierdołach, jak wektory? Na dokładnie tej samej zasadzie ja nie umiałbym nikomu opowiedzieć o różnych rzeczach z historii, literatury, biologii, czy geografii.

A żeby było jeszcze śmieszniej, to wiadomości z tych właśnie przedmiotów w moim przypadku pochodzą w większości ze źródeł, nazwijmy to, pozaszkolnych. Przykładowo właśnie od Ziemkiewicza - choć za każdym razem, gdy temat robi się skomplikowany mówi on coś w stylu "tym powinien zająć się prawdziwy historyk, a nie ja" - dowiedziałem się wielu istotnych informacji z historii, zarówno naszej, jak i powszechnej. Na temat biologii i funkcjonowania systemu trawiennego dowiedziałem się najwięcej z Wikipedii. A co do literatury - no cóż... fantastyka, która mi osobiście wchodziła najlepiej, była wykpiwana tak przez nauczycieli, jak i różnych uczniów, którzy zaczytywali się w badziewiach typu "Tajemnica zielonej pieczęci" czy "Szkolny lud. Okulla i ja". Za drugą z nich zabierałem się kilkakrotnie i mniej więcej w jednej trzeciej darowałem sobie trud jej przetrawienia. A matka nic tylko wiecznie narzekała na mnie, że "nic nie czytam". No to oczywiste, że nic nie czytałem - co ja niby miałem czytać, skoro w okolicy nie było zupełnie nic do czytania! A potem - już w liceum - dostałem w prezencie "Przełęcz złamanego serca" Alistaira McLeana i dopiero wtedy się coś niecoś ruszyło.

Nawiasem mówiąc, z moich doświadczeń mogę w całej rozciągłości potwierdzić tezę Ziemkiewicza na temat powodów kiepskiego czytelnictwa książek w Polsce: zachęcając ludzi do czytania wyłącznie literatury "wysokich lotów", spychając niemalże w niebyt literaturę "rozrywkową", spowodowano nie to, że ludzie się rzucili na literaturę "wysokich lotów", tylko po prostu przestali czytać cokolwiek.

Osobną sprawą jest dziwny system oceniania. Gdybym ja miał kogokolwiek oceniać za postępy w czymkolwiek, zakładając że dokładnie określamy co przez ów postęp rozumiemy, to wszystkie rzeczy, które nie należą do tej kategorii, byłyby całkowicie pomijane. Jeśli mówimy o szkole, to dla określonego przedmiotu zakładamy nabycie przez ucznia określonej wiedzy i ocenianie ma określić, na ile uczeń ową wiedzę przyswoił. W takim razie powinno to oznaczać, że wszystkie rzeczy, które nie należą do kategorii oceny stopnia przyswojenia wiedzy, nie powinny być w żadnym stopniu brane pod uwagę. Co więcej, wszelkie stopnie powinny być przypisane do określonego zakresu materiału, który uczeń ma z założenia znać, i na ile go zna, na tyle jest oceniany. Tymczasem ja ze szkoły pamiętam bardzo często przypadki, kiedy ocena miała mały związek z owym "przyswojeniem wiedzy". Przykładowo nauczycielka (czemu nie piszę bardziej uniwersalnie "nauczyciel" - o tym za chwilę) potrafiła wywołać osobę do odpowiedzi i zadać jedno pytanie, po czym po źle udzielonej odpowiedzi wpisać z marszu do dziennika pałę (będę pisał "pałę", żeby było uniwersalnie, ale aż do mojej 2-giej liceum obowiązywały stopnie od 2 do 5). Wstawiało się dwóje, podobnie, za brak odrobionej lekcji (przy czym, oczywiście, można było mieć na 10 lekcji 9 odrobionych i z jedną pechowo trafić i za te 9 odrobionych nie miało się odnotowane nic, a za tą jedną zarabiało się dodatkową pałę), a nawet jeszcze ciekawiej, można było dostać pałę za brak oddanej pracy na czas, a potem dostać z niej "konkretną" ocenę po jej przyniesieniu (bo bez jej przyniesienia można było kolekcjonować kolejne pały). Nie wiem, może komuś się to wydawać całkiem sprawiedliwie, ale to akurat nie ma nic do tematu; pała za nieodrobienie lekcji to ocena przykładania się do pracy, natomiast ocena z, powiedzmy, napisanego w domu wypracowania, jest oceną z samej pracy. To są dwie różne sprawy. Ocena z przykładania się do pracy może odpowiednio wpływać na końcową ocenę, choć może niekoniecznie w takiej formie, w której stoi na równi z oceną samej pracy. Jeśli już dopuszczamy istnienie oceny przykładania się do pracy, to powinna być ona oceniana całkowicie na bieżąco, a nie tylko okazyjnie, gdy uczeń akurat nie oddał czegoś na czas. Co przytomniejsi nauczyciele w związku z tym wstawiali "kropeczki", które było formą "żółtej kartki".

Aczkolwiek zarówno owe "żółte kartki", będące formą "zlitowania się", czy również pały wstawiane z powodu "pierdół", nie równoważone potem niczym (może jeden raz zdarzyło mi się, że po niespodziewanej "pale" dano mi szansę się zrehabilitować wyznaczeniem dodatkowej, nazwijmy to, "karnej pracy"), bardzo często wynikały nie z przyjętego w określony sposób sposobu nauczania, tylko z przyczyn bardziej prozaicznych: braku panowania nad swoimi emocjami. Tu istotna ciekawostka: w dawnych czasach, ponieważ "poważniejsze" prace były zarezerwowane dla mężczyzn, nauczycielami byli wyłącznie mężczyźni. Potem dopuszczono do zawodu kobiety. Obecnie - a przynajmniej tak było w mojej szkole - szkoły są często niemal stuprocentowo sfeminizowane. W szkole "początkowej" (1-3) nie było ani jednego nauczyciela; no czasem najwyżej jakiś się trafiał wyjątkowo na zastępstwo. Wszystkie stanowiska w tej szkole, włącznie z dyrekcją, były obsadzone przez kobiety (no dobrze, był jeden mężczyzna woźnym - człowiek w podeszłym wieku i pewnie sobie dorabiał do emerytury). Potem, w drugiej szkole (4-8), pomijając nauczycieli od W-F, przypominam sobie dokładnie pięciu mężczyzn (na całą szkołę, czyli ok 30 nauczycieli!), w tym tylko jeden z nich miał ze mną lekcje (żeby było jasne - byli to nauczyciele od: biologii, matematyki, geografii, pracy-techniki i jęz. rosyjskiego; nie było ani jednego historyka, czy polonisty). Dyrektorem był wspomniany geograf, a zastępcami jeden wuefista... i pani od chemii (tak nawiasem - tą akurat dobrze wspominam i rok z nią był jedynym, kiedy miałem z chemii dobre stopnie).

Do czego jednak zmierzam? Otóż, jak wynika z nie tylko moich obserwacji, ale i wielu różnych innych ludzi, z których przyznają się tylko ci, których stać na polityczną niepoprawność, a także z opracowań naukowych (ujawnianych też tylko pod wyżej wymienionym warunkiem), kobiety znacznie gorzej od mężczyzn radzą sobie z emocjami. Nie jest to wynikiem jakiejś ich słabości, a jedynie takiej, a nie innej, budowy mózgu. Jest to jedna z ich właściwości, ma ona swoje wady i zalety, dokładnie tak jak u mężczyzn mniejsze znaczenie emocji też ma swoje wady i zalety. I żeby było jasne, jeśli kobieta potrafi dobrze panować nad swoimi emocjami, wzbudza u mnie znacznie większy podziw, niż dokonujący tego samego mężczyzna - kobieta bowiem startuje z o wiele gorszej pozycji i ma pod tym względem zdecydowanie bardziej pod górkę. Ale to również powoduje, że kobiet radzących sobie dobrze z emocjami jest zdecydowanie mniej, niż mężczyzn. Wśród wymienionych przeze mnie nauczycieli tylko w przypadku jednego z nich mógłbym stwierdzić, że chłop nie radził sobie z tym kompletnie (pech chciał, że akurat to on mi się trafił), no i oczywiście należy też to samo stwierdzić o tych wuefistach (poza tym, który był dyrektorem). Pozostali byli całkiem do zniesienia. W przypadku kobiet akurat było odwrotnie - te, które dobrze radziły sobie z emocjami policzyłbym na palcach drwala.

Co więcej, umiejętność radzenia sobie z emocjami wypada również słabiej w przypadku ludzi prostych, gorzej wykształconych, mało rzutkich, "obracających się" również w kręgach albo ludzi takiej samej branży, albo jeszcze gorzej wykształconych. Problem w tym, że w zawodach kiepsko płatnych - a jak wiadomo nauczycielom zdarza się wyrwać czasem "dostaniesz ocenę tak kiepską, jak moja pensja" - ludzie dobrze wykształceni i rzutcy krótko zagrzewają miejsce, przenosząc się gdzieś, gdzie lepiej płacą (ot, chociażby jakiś czas temu był program o komorniku, pokazywano nawet film z przeprowadzanej przez niego eksmisji z mieszkania, a był on wcześniej nauczycielem historii - zapytany o powody zmiany pracy bez ogródek stwierdził, że wyłącznie dla pieniędzy). A że jeszcze na dodatek wciąż pokutuje u nas karta nauczyciela i różne "dodatki za wysługę lat", gdzie panuje zasada, że im dłużej nauczyciel pracuje, tym bardziej jest nieusuwalny - w szkolnictwie nastąpiła kumulacja takich właśnie beznadziejnych osób. Co prawda zdarzają się wśród nich osobnicy, którzy nie narzekają na pracę w szkole, robią to z pasją i nie przeszkadza im niska płaca, ale to są wyjątki (co ciekawe - nie zauważyłem ani jednej kobiety o takim podejściu). Jeśli teraz złożymy to z wysokim stopniem feminizacji tego zawodu, dojdziemy do dość prostego wniosku, że stopień panowania nad emocjami - a nie muszę chyba tłumaczyć, jak ważna jest umiejętność panowania nad emocjami w przypadku ludzi, którzy mają się zajmować dziećmi - w szkolnictwie jest na poziomie gorzej niż mizernym.

Efekt takich zjawisk to kompletna nieumiejętność radzenia sobie nauczycieli z postawionymi przed nimi zadaniami. Na dodatek są to zadania nie tylko przerastające ich zdolności, ale również nacechowane marnotrawstwem poprzez realizację kompletnie zwariowanego programu nauczania.

Ci, którzy biorą się za bary z kolejnymi "reformami szkolnictwa", zachowują się jakby nigdy w życiu nie mieli dzieci. Trudno mi sobie wyobrazić, że z dziecioróbstwem w Polsce jest tak słabo, że nigdy się jakoś nie trafiłby w ministerstwie edukacji na wysokim stanowisku ktoś, kto nie ma dzieci. Raczej wygląda to tak, że oświatą rządzą reprezentanci środowiska nauczycieli, podobnie jak zdrowiem lekarze, prawem prawnicy, a rządzeniem... politycy. I tak właśnie trwa Polska Samoobronna, co do której ostatnimi czasy przekonałem się, że nie ma rozwiązania - w tej chwili mogę już powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że rzeczywiście żadna ekipa rządząca nie potrafi sobie z tym poradzić.

I tak będzie trwał dalej ten krwawy eksperyment na naszych dzieciach, naszych kochanych królikach doświadczalnych, z których później powyrastają skrzywione psychicznie większe króliki i tak samo potem będą przeprowadzać eksperymenty na młodszych królikach.

I tak dochodzi mi co chwila kolejny przykład, że choć głową muru nie przebijesz, są jeszcze drzwi, przez które można normalnie przejść. I chyba trzeba będzie kiedyś to zrobić.

niedziela, 3 sierpnia 2008

"Czas wrzeszczących staruszków" - recenzje

Wstęp



Z nieukrywaną przyjemnością sięgnąłem po kolejną książkę Ziemkiewicza. Co ciekawe, z podobnego okresu felietony w rp.pl zeszły moim zdaniem na nieco niski poziom - ale felietonom jestem w stanie jeszcze darować, w końcu są pisane pod wpływem chwili. Niestety z powyższej książki niektóre tezy również uważam za nie do końca przemyślane. Spróbuję odnieść się do tych, które mnie, że tak powiem, do owego odniesienia się "zainspirowały".

Dorn i "wykształciuchy"



Ziemkiewicz poświęca ponad dwie całe strony objaśnianiu, skąd fatycznie wzięło się słowo "wykształciuchy". Nie wiem, czy Ludwik Dorn rzeczywiście potrzebuje takiego adwokata. Nie wiem też, ile faktycznie w tym prawdy; podejrzewam, że tak oczywiście na pewno było, że pojęcie "wykształciuchy" odnosiło się do tzw. "inteligencji zastępczej", której współtworzeniu poświęciła się "michnikowszczyzna".

Nie zatem żebym powątpiewał w prawdziwość owego wywodu - powątpiewam jednak w jego sens. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że czytałem jakiś czas temu wywiad z Ludwikiem Dornem, który został zapytany wprost, co miał na myśli pod hasłem "Wykształciuchy". Nie będę precyzował, wystarczy znaleźć odpowiednie informacje na wikipedii ewentualnie znaleźć numer "Dziennika" z owym wywiadem. Po drugie dlatego, że w istocie Dorn jest sam sobie winien - oczywiście że nie było jego intencją wprowadzenie do obiegu słowa "wykształciuch" w takim znaczeniu, ale też - wbrew temu, co sugeruje Ziemkiewicz - to nie złośliwa "Gazeta Wyborcza" nagłośniła w ten sposób ten termin. GW posłużyła tutaj wyłacznie instrumentalnie - całą sprawę nakręcił, zapewne nieświadomie, sam Ludwik Dorn.

A dlaczego?

Cóż, niestety Ludwik Dorn jest sam sobie winien i nie załuguje na obronę, jaką zafundował mu Ziemkiewicz. To nawet nieważne, czy popełnił jakiś błąd w tłumaczeniu, czy użył niewłaściwego słowa w języku rosyjskim z którego to pochodzi. Nie ma za grosz znaczenia, czy jest to wykształciuch, wykształceniec, ćwierćinteligent, półgłówek, czy inteligencja zastępcza. Walka z michnikowszczyzną, która zmonopolizowała rząd dusz ludzi inteligentnych (i to dość sprytnie, przeciągając na swoją stronę faktycznych inteligentów, o czym Ziemkiewicz również sam pisze) potrzebowałaby stworzenia "alternatywnego" ośrodka inteligencji, w którym skupieni by byli ludzie faktycznie spełniający ideały inteligencji. I o tym Ludwik Dorn (Ziemkiewicz również) chyba zapomniał.

Określenie "wykształciuch" jest obraźliwe, i to w sposób zamierzony, ale intencją jest obrażanie oczywiście tych ludzi, którzy jedynie pozują na inteligentów, czy też inaczej, jedynie nieudolnie ich naśladują. Ale żeby było to słowo tak właśnie odebrane, to musi być spełniony jeden istotny warunek: słowo to powinno być protestem przeciwko takim właśnie "wykształciuchom" ze strony ludzi należących do owej prawdziwej inteligencji.

Odsyłam zatem Ziemkiewicza do jego własnego artykułu pt. "Patrz, kto mówi". Przecież gdyby tego słowa użył, powiedzmy, Bartoszewski, Balcerowicz, czy Herbert, byłaby duża szansa na to, żeby zostało ono poprawnie zrozumiane. Zwróćmy uwagę, kto oryginalne słowo, od którego słowo "wykształciuch" ma pochodzić, rozpowszechnił w języku rosyjskim - Sołżenicyn. Kim jest Sołżenicyn - nie będę wyjaśniał, przecież wszystko jest na Wikipedii. Żeby słowo "wykształciuch" zostało zrozumiane zgodnie z intencjami, to musiałby użyć tego właśnie inteligent przeciwko pseudointeligentowi.

Czy Ludwik Dorn może być za takowego uważany? Przede wszystkim zapytajmy, czy formacja, do jakiej z własnej woli należy Dorn, w jakikolwiek sposób symbolizuje ową prawdziwą, przedwojenną inteligencję? Pytanie oczywiście retoryczne - nikt, kto chciałby za kogoś takiego uchodzić, nie wiązałby się z Ojcem Inwestorem i jego United Colours of Beretton. Sam fakt, że walkę z ową "inteligencją zastępczą" PiS podjął jako ze swoim oczywiście naturalnym wrogiem, jeszcze nie oznacza, że może być ona odebrana jako walka "inteligencji z pseudointeligencją". Powiedzmy sobie szczerze, oczywiście, że nie ma nawet w ogóle żadnego w Polsce ośrodka "prawdziwej inteligencji", i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli rozpatrujemy to w kategoriach partii politycznych, to pamiętajmy, że tych "prawdziwych inteligentów" jest w Polsce i tak niewiele, a po drugie - z czym pierwsze się wiąże - większość i tak opanował "rząd dusz" Michnikowszczyzny i nawet ta resztka inteligencji wydaje się mieć ich jako wystarczających obrońców swoich interesów. Powiedzmy więc sobie szczerze - PiS nie mógł stać się partią ludzi inteligentnych, bo - po prostu - nie miałby wtedy skąd wziąć elektoratu. Ludzi inteligentnych przejęła już wcześniej PO i PiS-owi został tylko elektorat "odrzuconych", a taki z zasady jest elektoratem typu "Balcerowicz musi odejść", co dla zarówno prawdziwej inteligencji w Polsce jak i nawet półinteligentów, jest symbolem przygłupa.

Żeby nie być zbytnio sarkastycznym, podam ciekawy przykład. Jeśli ja np. powiem, że nie lubię kawioru, to co to będzie oznaczało? Dla prawdziwych ludzi inteligentnych będzie to oznaczało po prostu, że mam taki akurat gust i mnie to nie smakuje. Dla michnikowszczyzny zaś to oznacza, że jestem prostakiem, który nie rozumie tego, że kawior to taki wspaniały rarytas. Podobnie, jeśli powiem, że nie lubię jazzu, to dla ludzi inteligentnych będzie to oznaczało tylko, że mnie taka muzyka akurat nie odpowiada, natomiast dla tych właśnie ludzi, których Dorn nazywa "wykształciuchami", jestem prostakiem, który jest niewrażliwy na prawdziwą muzykę. Ciekawostką zresztą jest, że gdybym na dodatek powiedział, że lubię takich wykonawców, jak Pantera, Tiamat, czy Sepultura (co mniej więcej od 15 lat jest w moim przypadku nowością), zostałbym natychmiast zakwalifikowany jako miłośnik muzyki rozrywkowej i jakoś zamiłowanie do takiej muzyki już nie jest przejawem wrażliwości na prawdziwą muzykę. Zresztą ludzie naprawdę wykształceni dobrze wiedzą, że takie zachowanie jest tzw. szantażem psychologicznym. Wyobraź sobie, że ktoś (dysponujący bardzo wpływowym medium i szerokimi znajomościami wśród Ludzi Mogących Dużo(tm)) ci mówi, tak dla przykładu: jeśli chcesz uchodzić za człowieka cywilizowanego, to powinieneś posiadać samochód w kolorze pomarańczowym! I co? Wykosztujesz się, może weźmiesz nawet kredyt i kupisz ten durny pomarańczowy samochód, nawet jeśli akurat samochód nie jest ci koniecznie potrzebny (np. masz inne ważne rzeczy do wykosztowania się) i jeśli pomarańczowy kolor samochodu doprowadza cię do pasji. Na dokładnie tej samej zasadzie "wykształciuchy" będą publicznie z wylewną chęcią słuchać muzyki jazzowej, dostając od niej "w kułak" skrętu kiszek, a co niektórzy jeszcze zachowujący resztki trzeźwego myślenia po powrocie do domu zamykać się w czterech ścianach i słuchać swojej ulubionej muzyki (przecież nie będę pisał jakiej). Ci, którzy nie zachowują, będą się być może nawet zmuszali do przyznania przed sobą, że naprawdę lubią jazz.

Problem jednak w tym, że w powszechnym w Polsce rozumieniu nikt nie zdaje sobie sprawy z możliwości istnienia czegoś, co zaprezentowałem jako prawdziwy inteligent. Bo na tym właśnie polega problem: żeby być człowiekiem rzeczywiście inteligentnym, trzeba umieć oceniać określone rzeczy, przegryzać się przez dostarczone informacje i umieć sobie wyrabiać na określone tematy własne zdanie. Natomiast bycie "wykształciuchem" wymaga tylko, aby zachowywać się tak, jak się zachowują ci, którzy się wypowiadają w prasie i telewizji i którzy uchodzą za inteligentnych i cywilizowanych. Po prostu model człowieka inteligentnego nie funkcjonuje w świadomości przeciętnego polskiego widza i czytelnika. Dorn, próbujący się do tego modelu odwołać, trafia w pustkę. Więc jeśli określenie "wykształciuch" atakuje michnikowszczyznę, to znaczy, że autor tego określenia jest prostakiem kpiącym z człowieka inteligentnego.

Inaczej więc mówiąc - to nie Gazeta Wyborcza skrzywiła pojęcie "wykształciucha". Natomiast jak najbardziej tzw. "wiodące media" przyczyniły się do powstania czarno-białego podziału społeczeństwa (tzn. nawet nie powstania - do jego utrwalenia na nowym gruncie) i wytworzyły sytuację, w której słowo "wykształciuch" nie mogło być przez większość polskiego społeczeństwa zrozumiane inaczej, niż tak, jak zostało ono zrozumiane. To nie GW skrzywiła to pojęcie - to pojęcie skrzywiło się samo poprzez fakt wprowadzenia go do obiegu.

I wbrew temu, co się wydaje również Ziemkiewiczowi, PO nie musiała stać się przedłużeniem ręki Michnikowszczyzny. Właśnie PO miała dużą szansę, żeby stać się alternatywnym ośrodkiem inteligencji, i to tym razem tych prawdziwych. W PO jakiś czas temu istniało dość silne skrzydło sceptyczne wobec Gazety Wyborczej i wcale nie zachwycone faktem, że PO stała się jej pupilkiem. Niestety zostało zmarginalizowane. Po części jest to kwestia słabości owego skrzydła, po części kwestia naiwności Donalda Tuska, który też ochoczo podchwycił hasło "wykształciuchy", właśnie w wersji skrzywionej przez GW (a może nie naiwności, tylko chłodnej kalkulacji, że mu się to politycznie opłaca). W każdym razie, marzenia o stworzeniu alternatywnego do GW rządu dusz dla inteligentów muszą spełznąć na niczym, jeśli nie oprą się na jakimś istniejącym, silnym ośrodku. I na pewno takowym nie może się stać PiS, zwłaszcza po tym co jego prezes wyczyniał w ostatnim czasie.

Dorn jest jedynie Roninem PiS-u, a jako taki, nie może nic; jego wysiłki jakiś czas temu o to, żeby przyciągnąć do PiS-u ludzi młodych i inteligentnych, są skazane na porażkę. Może z jednej strony jego pójście do PiS-u nie było złym pomysłem, bo w sumie gdzie miał pójść - do PO, żeby skończyć, jak Rokita? Z drugiej jednak, idąc do PiS-u i tak musiał zapomnieć o realizacji swoich politycznych aspiracji.

I niestety, używając "wykształciucha" sam sobie dodatkowo zaszkodził. Wyborcy mu tego nie zapomną, a dzięki temu etykieta ta sama, którą przyklejają wszystkim innym prominentnym politykom PiS-u (nie tylko Kaczyński, ale również Karski, czy Putra), będzie działać na jego rzecz. Nazwijmy to w ten sposób. W przypadku Dorna będzie to oczywiście oznaczało "niekorzyść".

Kara śmierci a demokracja



Ziemkiewicz pisze tak:


Przywrócenia kary śmierci domaga się od lat w każdym sondażu zdecydowana większość Polaków; dla ludzi, którzy demokrację wypisali sobie na najwyżej wzniesionych sztandarach, powinien być to jakiś argument


I przytacza następnie, jak to Europa jest obsesyjnie chora na punkcie kary śmierci, a Ameryka wprowadziła ją bez żenady, i wiąże to następnie z różnymi innymi rzeczami, które Ameryka wprowadziła u siebie, a czego Europa się brzydzi i wypiera, a co Ameryce wyszło tylko na dobre.

I roztacza następnie największe peany dla kary śmierci, dość zdumiewające wziąwszy pod uwagę jego poglądy religijne. Trudno znaleźć racjonalny powód tego stanu rzeczy - stwierdza. Przepraszam - czy w owym powyższym wywodzie znajduje się chociaż jeden racjonalny argument za karą śmierci? Przecież te argumenty, które przytacza Ziemkiewicz to po prostu kupa śmiechu.

Zacznijmy od tego pierwszego - w Polsce przywrócenia kary śmierci domaga się większość obywateli; w USA też się większość domaga i przecież wprowadzili.

Przecież większość obywateli domaga się wprowadzenia różnych innych rzeczy, na które się władze jednak nie decydują. Na przykład większość obywateli USA jest przeciwna wojnie w Iraku i uważa, że wojska z Iraku i Afganistanu powinny zostać natychmiast wycofane. Czy, jak by nie było, republikański prezydent Bush zdecydował się spełnić ów postulat "większości społeczeństwa"?

Prawda jest po prostu taka, że władze są skłonne wprowadzić każdą głupotę, jeśli tylko domaga się jej większość społeczeństwa i ich to politycznie nie będzie zbyt wiele kosztować. Gdyby w Ameryce, powiedzmy, większość społeczeństwa domagałaby się, aby przestępcom gospodarczym zabierać cały majątek "do golasa", władze by to wprowadziły również. Jeśli w Polsce większość ludzi jest za podniesieniem płacy minimalnej - to żeby nawet największe autorytety ekonomiczne protestowały i paliły opony, rząd podniesie płacę minimalną. A z drugiej strony, nawet jeśli większość wyborców opowiada się za zniesieniem dotowania partii z budżetu i immunitetu poselskiego, to mimo że jest to wszystkim obywatelom na rękę, politycy tego nie wprowadzą (a przynajmniej nie chce tego większość polityków dysponująca mandatami w sejmie).

Kara śmierci po prostu polityków nic nie kosztuje. Większość ludzi przecież domaga się, aby "tych zwyrodnialców dosięgła ręka sprawiedliwości" (czy państwo wprowadzające prawo wedle czysto emocjonalnych zachcianek może jeszcze nazywać się państwem świeckim?). A ten, kogo mają ukatrupić i tak nie będzie mógł się potem o nic upomnieć (ciekaw jestem, ile kar śmierci byłoby orzekane, gdyby prawo stanowiło, że jeśli sędzia się pomyli i niesłusznie wyda wyrok śmierci, to sam podlega karze śmierci?).

Dalej: podobno jeden powieszony bandyta to kilkanaście lub kilkadziesiąt uratowanych żyć niewinnych ludzi. Czyli, inaczej mówiąc, jeden nie powieszony bandyta to kilkanaście zabitych niewinnych ludzi.

Bardzo ciekawe stwierdzenie. Wygląda na to, że amerykańska służba wymiaru sprawiedliwości działa w warunkach totalnego bezhołowia i jest słaba jak niemowlę - bo oczywiście bandytę potrafią złapać, potrafią go osądzić i skazać, ale potem muszą go jak najszybciej ukatrupić, bo jak nie, to - patrz wyżej. Najlepiej to chyba nawet by było, żeby policja zabijała bandziora na miejscu, bo skoro nie można się zadowolić wsadzeniem go do więzienia nawet na dożywocie - to znaczy, że nawet w więzieniu ów bandyta jest potwornie niebezpieczny i im szybciej się go zabije, tym lepiej.

Ziemkiewicz oczywiście nie przytacza żadnych źródeł statystyk, obliczeń, na jakiej podstawie owi prawnicy umieją sobie wytłumaczyć, że kara śmierci ma sens. Nie przytacza również statystyk przestępczości w Europie i w Stanach, bo wtedy wyszłoby na jaw, że jakoś kurde kara śmierci bynajmniej nie przyczynia się do zmniejszenia przestępczości. To oczywiste, przecież wystarczy odrobinę pomyśleć: przecież przestępcy nie dlatego popełniają przestępstwa zagrożone karą śmierci, że nie mają świadomości, że zostaną ukatrupieni, ale dlatego, że wydaje się im, iż w ogóle nie zostaną złapani! Gdyby mieli świadomość chociażby tego, że za takie zabójstwo posiedzą nawet dwa lata w więzieniu i to na 100%, na pewno zastanowiliby się, czy im się to opłaca.

Na planecie Majipoor, świecie w którym rozgrywa się akcja opowieści Roberta Silverberga związanych z Lordem Valentine'em, przestępczość praktycznie nie istnieje. Każdy mieszkaniec tej planety podlega bowiem wszystkim prawom tej planety, m.in. władzy Króla Snów. Król Snów śledzi umysły ludzi zamieszkujących planetę, i każdego, kto popełni jakieś ciężkie przestępstwo (takie, jak zabójstwo) będzie do końca życia dręczył sennymi koszmarami. Jedyną możliwością dla kogoś takiego pozostała pielgrzymka na Wyspę Snu, gdzie mógł swój czyn odpokutować. Dzięki czemu przestępczość była taka niska? Otóż właśnie dlatego, że każdy wiedział, iż jakikolwiek przestępczy czyn nie ujdzie oku Króla Snów, a potem człowieka czekają koszmary.

Dlatego właśnie znacznie bardziej zmniejszeniu przestępczości w dawnych czasach służyły publiczne egzekucje. Czy ktoś o tym dyskutuje? Ziemkiewicz twierdzi, że tak, dyskutuje się mianowicie, czy w egzekucji powinny uczestniczyć członkowie rodziny ofiary. Tylko tyle? Ja mam znacznie lepszy pomysł - niech będzie raczej nakazane, że to właśnie rodzina lub bliska osoba ofiary ma nacisnąć przycisk uśmiercający ofiarę, a nawet, że owa osoba zanim "wykona wyrok", ma się ofierze przedstawić, powiedzieć kim jest, a cała zabawa może być transmitowana przez telewizję.

Czy Ziemkiewicz naprawdę nie widzi tej całej hipokryzji, że owe egzekucje morderców to są "igrzyska dla ludu", że sam fakt, że rozważa się uczestnictwo rodziny ofiary, świadczy o tym, że jest to pokazówka, mająca nieco ukoić serca rodziny załamane po stracie ich bliskiej osoby? Gdyby pokazywać to całkowicie publicznie, to miałoby to ewentualnie może jakiś efekt odstraszania - jeśli pokazują to tylko bliskim ofiary, to jest to pokazówka.

I na dodatek kara śmierci jest tania. To nic, że drogo kosztuje "humanitarne", bezbolesne zabicie oskarżonego. Jego utrzymanie do końca życia kosztowałoby wielokrotnie więcej. To jest właśnie prawdziwy powód, dla którego tak chętnie rządzący akceptują karę śmierci.

Ziemkiewicz w sprawach ekonomicznych ma swoje sensowne poglądy, niestety niezgodne z wolą większości polskiego społeczeństwa. W tych kwestiach doradzał nie raz rządzącym, co powinni zrobić - i to całkiem słusznie doradzał, bo to, co doradzał, już się sprawdziło w innych krajach i przyniosło wszystkim korzyści. Tu jakoś potrafi nie wprost stwierdzić, że a tam pierdolić większość społeczeństwa, skoro rację mają autorytety ekonomiczne. W kwestii kary śmierci jednak autorytety etyczne ma najwyraźniej w dupie - ważne jest to, co uważa większość społeczeństwa.

Ziemkiewicz też pewnie nie przeczytał różnych materiałów, choćby np. wpisu na Wikipedii - nawet zacytuję:


Niejednolita jest sytuacja kary śmierci w USA. Prawo federalne oraz większości stanów zezwala na stosowanie kary śmierci. Niemniej jednak w 9 stanach nie stosuje się takiej kary, w trzech zawieszono jej wykonywanie w 1976 roku, a w dwóch uznano ją za niekonstytucyjną co skutkuje niemożnością wykonania tej kary na ich terenie nawet w przypadku wydania wyroku federalnego. W pozostałych stanach kara śmierci jest orzekana, choć nie we wszystkich wykonywana.


Jeszcze więcej ciekawych informacji można znaleźć na angielskiej wersji tej strony. Przykładowo, jest tabelka, na której podają ile w poszczególnych krajach wykonano kar śmierci w roku 2007. Przodują, co nikogo nie dziwi, Chiny, z liczbą 470, choć autorzy strony twierdzą nieoficjalnie, że ta liczba i tak jest mocno zaniżona. W mikroskopijnym Pakistanie wykonano w owym roku 135 wyroków śmierci, a w tym samym czasie w Stanach, państwie wielokrotnie większym - 42 (do sierpnia 2008, kiedy to piszę, udokumentowano ich 17). W wyrokach od 1976 roku przoduje Texas z liczbą 406 wyroków (Texas i Virginia razem to połowa wszystkich wyroków w Stanach), łącznie 9 stanów ma ich na koncie więcej, niż 30. Ciekawostką jest też stosunek ilości oczekujących na wyrok do wykonanych wyroków, w czym najwyższą skuteczność ma znów Texas, a za najniższe można uważać Californię, Pennsylvanię i Tennessee (9 z nich ma oczekujących więcej, niż 100, ale też ostatnie 9 z listy wykonujących ma ich mniej, niż 10 - wykonujących jest 35 na 50). Oczywiście nie mniej istotna jest liczba niewinnie skazanych, którą od 1973 roku ocenia się na 100 (na ponad 1000 wydanych wyroków). Jak na karę, która powinna być dowiedziona perfekcyjnie, 10% to trochę dużo. Nie wspomina się tu również o wydanych wyrokach na ludzi, którzy co prawda zamordowali, ale podobno zostali (w trakcie wlokącej się procedury sądowej) zresocjalizowani - a był parę lat temu taki dość głośny przypadek (proszę zgadnąć, w jakim stanie :). A podobno karę śmierci wykonuje się na ludziach, którzy nie mogą być wpuszczeni do społeczeństwa. Ja rozumiem, że są tacy, którzy domagają się kary śmierci "dla przykładu", ale takim proponowałbym się lepiej z marszu przenieść na Białoruś, albo nawet najlepiej do Chin.

I to wszystko nie przeszkadza Ziemkiewiczowi zrównywać kwestii kary śmierci z różnymi innymi "konserwatywnymi" cechami USA: wolnym rynkiem, który przeciwstawia Europejskiemu "państwu opiekuńczego". Można by zapytać "co ma piernik do wiatraka", zwłaszcza że karę śmierci wykonuje się również w wielu innych krajach, które jakoś równo z karą śmierci nie wprowadziły reform wolnorynkowych i jakoś nie przędą najlepiej.

Po czym przyznaje, że wprowadzenie kary śmierci byłoby w Polsce dość trudne, skoro zabrania tego Europa i obwinia naszych włodarzy o to, że nie chcą nawet podjąć dyskusji o karze śmierci. Czemu niby jednak owa dyskusja miałaby słuzyć, skoro Europa i tak będzie się opierać przed jej wprowadzeniem i walka o ewentualne wprowadzenie kary śmierci będzie walką nierówną? Panie Rafale, podyskutować to sobie możemy my we dwóch, ewentualnie można sobie zorganizować forum dyskusyjne i tam sobie na ten temat podyskutować - ja nawet bardzo chętnie wezmę udział w takiej dyskusji. Ale jaki ma sens taka dyskusja, skoro nikt normalny w europejskim kraju należącego do UE nie podejmie się jakiejkolwiek związanej z tym inicjatywy. To po co w takim razie zapełnił niespełna trzy strony czczą paplaniną, nafaszerowaną hipokryzją (ci "lewitujący" z UE chyba na głowę upadli, nazywając "jesuslandem" kraj, w którym wykonuje się karę śmierci), nie zawierającą ani jednego merytorycznego argumentu, a do zarzutu, że Polska jedzie na pasku UE i nie odważa się wprowadzić korzystnych dla siebie reform, ma się jak balon do kaktusa, bo właśnie ta akurat kwestia jest, w odróżnieniu od wielu innych, nie do ugryzienia?

Tak na marginesie - ja wcale nie jestem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci. Nie widzę tylko dla niej żadnego racjonalnego uzasadnienia. Jeżeli - przykładowo i czysto teoretycznie - założymy, że każdy człowiek stanowi potencjalną siłę roboczą, którą może się przysłużyć gospodarce, to śmieć dowolnego obywatela to jest strata dla gospodarki. Nie widzę w związku z tym żadnego zysku z zabicia takiego człowieka. Oczywiście to wszystko miałoby sens, jeśli będą istniały kolonie karne, obozy pracy (kto je wprowadzi, po skojarzeniach z obozami koncentracyjnymi? - w Stanach to funkcjonuje i się sprawdza!). Karę śmierci stosowałbym jako "ostateczność" - tzn. stosowaną w przypadku, gdy trafimy na super spryciarza, który potrafi uciec z każdego więzienia i wymknąć się wszystkim służbom więziennym i policyjnym. Ale co mam powiedzieć, gdy karę śmierci wykonuje się na osobie, która co prawda popełniła morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, ale potem przez 10 lat się resocjalizowała i wykazywała postępy w tej dziedzinie? Przecież podobno w więzieniu nawet trzyma się daną osobę właśnie dlatego, że nie można jej dopuścić do "normalnego" społeczeństwa, a tu uzasadnia się karę śmierci tym, że 10 lat temu popełniła morderstwo?


Co z tym Kaczyńskim?



Ziemkiewicz lubi zarzucać dziennikarzom stronniczość. Sam nie jest jednak lepszy.

No dobrze, oczywiście że trudno jest pogodzić bezstronność z posiadaniem własnych poglądów. Ale bezstronność nie polega na tym, że się nie posiada własnych poglądów, tylko na umiejętności odróżniania faktów od poglądów. Na umiejętności prowadzenia analiz sytuacji uwzględniając wszystkie fakty, a jeśli już spekulowania, to również uwzględniając wszystkie znane motywy, które pozwalają spekulować w określony sposób.

Jeśli więc w analizie określonych możliwości i w spekulowaniu, jaki określone wydarzenia (nieznane i raczej trudne do odgadnięcia) miały przebieg, co się wydarzyło, kto co zamierzał i czym się kierował, co chciał osiągnąć i dlaczego, określone wydarzenia przemilcza, udaje że ich nie było, a w przypadku spekulowanych wydarzeń przykłada różną wagę do informacji dokładnie tak samo płynnych, to określenie kogoś takiego "stronniczym" jest chyba nazwaniem rzeczy po imieniu.

Mam konkretnie na myśli dwa motywy: nagonkę dziennikarzy na PiS i Kaczyńskiego (wg Ziemkiewicza niezasłużoną) oraz kto i dlaczego zdecydował, że nie zostanie zawiązana koalicja PO-PiS.

Dlaczego mówię o przemilczeniu? Dlatego, że mimo jasno i rzetelnie napisanego rozdziału o tym, jak Kaczyński rządził PiS-em oraz swoim rządem w sposób nieprofesjonalny, zupełnie tego faktu nie uwzględnił w swoim wywodzie na temat tego, dlaczego PiS w końcu stracił popularność, o nagonce medialnej nt. PiS, a także wywodzie nt. niedoszłej koalicji PO-PiS.

O to, dlaczego nie doszło do koalicji PO i PiS, wielu dziennikarzy (a także forumowiczów) toczyło spór. Wielu starało się "bezstronnie" twierdzić, że zawinili obaj. To jest oczywiście głupota - jeśli się tak twierdzi, to znaczy, że nie umie się przeanalizować i jasno stwierdzić, kto jak zawinił (inaczej: można tak stwierdzić, ale tylko gdy się wykaże, iż obaj kierowali się chłodną kalkulacją i obaj stwierdzili, że im się to politycznie opłaca; takiej tezy nikt nie postawił i nikt nie próbował obronić, a już na pewno nie ci zwolennicy "wspólnej winy"). I, nie wiem dlaczego, jakoś tak wyszło, że najwięcej zwolenników zdobyła sobie teza o tym, że to Tusk celowo tej koalicji nie chciał. Ziemkiewicz zresztą, jak sobie to dobrze przypomni, napisał nawet z tej okazji felieton dla Interii, w której obsobaczył jednostronnie Tuska o to, że zaprzepaścił koalicję PO-PiS. Nie podając zresztą żadnych teorii na poparcie swoich karkołomnych tez; w "Czasie..." przynajmniej zdobył się na to.

Zanim przejdę jednak do tego, co ja o tym myślę, spróbuję najpierw przytoczyć argumenty, jakimi się posłużył Ziemkiewicz.

Po pierwsze, przytacza wypowiedź pewnego polityka PO (nie podaje kogo - nie potrafię więc stwierdzić, czy to ktoś blisko "centrum decyzyjnego PO", czy to ktoś raczej z dołów lub "opcji niedominującej"), który zaraz po wygranych przez PiS wyborach powiedział, że żadnej koalicji nie będzie, że niech teraz jak naród wybrał, to niech ma.

Po drugie, Ziemkiewicz zauważa, że Kaczyński nie przewidział w swoim gabinecie cieni nikogo na resotry związane z gospodarką. Twierdzi zatem, że Kaczyński po prostu nie zawracał sobie tymi stanowiskami głowy, zakładając z góry, że obsadzi je PO.

Po trzecie, twierdzi że Tusk skalkulował sobie, że nie ma co wchodzić z Kaczorem w konszachty, bo Kaczory zużyją się bardzo szybko, a on dzięki temu zgarnie całą pulę. I dlatego nie chciał wejść w koalicję z PiS.

Po czwarte, Kaczyński podobno twierdził, że PO żądała od niego aby zapewnił bezpieczeństwo jakimś ich ludziom, którzy są podejrzani o współpracę. I Ziemkiewicz mu wierzy.

Po piąte, PO celowo zażądała dla siebie przynajmniej jednego stanowiska związanego z bezpieczeństwem państwa, wiedząc że to w zupełności wystarczy, aby Kaczyński nie zgodził się na koalicję.

No i tak niezobowiązująco po szóste, twierdzi że PO niby miało mieć większość, a wyszło inaczej, i stąd ich rozgoryczenie.

Uważam, że powyższa argumentacja jest funta kłaków niewarta. Co jeszcze ciekawsze, Ziemkiewicz w tej samej książce dostarcza wystarczająco dużo argumentów, żeby można było powyższe wywody potłuc o kant dupy. To już zakrawa na śmieszność - nie chcę mówić o schizofrenii, ale na pewno jest to spowodowane dużą dozą podziwu, jaką Ziemkiewicz żywi do Kaczyńskiego (i szczerze mówiąc, ja go biorąc to wszystko pod uwagę podziwiam również); w owej książce Ziemkiewicz nawet stara się jakby zrekompensować Kaczyńskiemu wiele niesprawiedliwości, które go spotkało w jego życiu politycznym, i ja te wysiłki i doceniam, i nawet popieram. Ale to nie znaczy, że należy przymykać oczy na pewne istotne fakty, ani że należy tworzyć jakieś karkołomne tezy, których po głębszej analizie nijak nie da się obronić.

Co do pierwszego argumentu, to jeszcze mógłbym go traktować poważnie, gdyby był to rzeczywiście ktoś z najbliższego otoczenia Tuska. Ale i tak nie byłby to dla mnie argument, który dawałby podstawy do czegokolwiek więcej, niż lekkiej spekulacji. W tym czasie jeszcze się nawet nie toczyły rozmowy o koalicji, a warunki PO, jakie później zostały postawione, były stawiane już wcześniej.

W drugim przypadku, Ziemkiewicz - zarzucający w późniejszych rozdziałach Kaczyńskiemu nieprofesjonalzm i braki sprawności w zarządzaniu - twierdzi, że Kaczyński sobie tak perfekcyjnie opracował plan, że zostawił resotry gospodarcze dla PO, a sam skupił się na resortach bezpieczeństwa. Że jeśli tak, to oznacza, że wejście w koalicję z PO jest dla PiS kluczowe.

To są chyba jakieś wolne żarty. Co to znaczy, że Kaczyński nie przewidział obsadzania resortów gospodarczych? Dzielił skórę na niedźwiedziu? Co więcej, Ziemkiewicz twierdzi, że w resortach związanych z bezpieczeństwem praktycznie nie było żadnych zmian. A co z Kaczmarkiem i Kornatowskim? Zresztą, co za różnica. Dobry strateg umie przygotować sobie jakikolwiek "plan B". Jeśli obsadzanie tych stanowisk wygląda na improwizację, co Ziemkiewicz stwierdził wprost, to znaczy, że Kaczyński całe planowanie najnormalniej w świecie spartolił. A po drugie, jeśli zawarcie tej koalicji jest dla niego kluczowe, to należało jednak zrobić wszystko, by ta koalicja jednak powstała. Trzeba się więc zdecydować, co jest ważniejsze: czy stworzenie dobrego rządu, czy też obsadzenie wyłącznie zaufanymi sobie ludźmi resorty bezpieczeństwa. Trzeba też umieć skalkulować, jakie będą polityczne konsekwencje określonego wyboru. Jeśli powstanie dobry rząd, to przy sprzyjających wiatrach będzie można pomyśleć o powalczeniu w przyszłych wyborach. Jeśli obsadzi się wyłącznie swoimi ludźmi resort bezpieczeństwa, to rozwiąże się problemy zawłaszczania państwa przez "układ" bez niczyjej przeszkody, choć być może przez to umoczy się w następnych wyborach, choćby przez to, że trzeba będzie wejść w koalicję z Samoobroną.

Argument więc jest funta kłaków niewart. Kaczyński w tym przypadku co najwyżej pokazał, że z niego manager jak z koziej... i że nie rozumie na czym polega zarządzanie z prawdziwego zdarzenia. Co więcej, swojego braku profesjonalizmu Kaczyński dowiódł tak samo w tym przypadku, jak i w wielu, wielu innych, o których nie mam nawet co wspominać, bo sam Ziemkiewicz wymienił ich wystarczająco wiele.

Po trzecie - to jest również czysta spekulacja. Oczywiście, że była to jedna z interesujących możliwości do rozważenia. Ale jeśli poprzednie wybory czegoś Tuska nauczyły, to właśnie tego, żeby nie liczyć na to, że się w wyborach wszystko ułoży po jego myśli. Dowodzi tego fakt, że Tusk nie myślał o przedterminowych wyborach jeszcze długi czas, mimo że teoretycznie mogłyby dać mu one większość w parlamencie i brak konieczności zawierania szemranej koalicji z PSL, a zwłaszcza świecenia oczami za psujących rządowi opinię posłów tej partii. Co więcej, gdyby Tusk nawet miał coś podobnego skalkulować, to nawet na upartego dałby zawrzeć koalicję z PiS, żeby pokazać wszystkim jak bardzo jest ugodowy (a to akurat bardziej do niego podobne), a w międzyczasie szukać jakiegoś sensownego pretekstu, aby ową koalicję zerwać. Innym ciekawym dowodem na to, że nie szukał wcale pretekstu do zerwania rozmów o koalicji dla mnie jest fakt pozostawienia na stanowisku szefa CBA Mariusza Kamińskiego.

Co do czwartego - no cóż, Ziemkiewicz Kaczorowi wierzy, a ja się tym od Ziemkiewicza niestety różnię, że ja akurat mu nie wierzę. Po pierwsze, dlatego że nie wyobrażam sobie publicznego składania podobnych deklaracji - nawet jeżeli PO rzeczywiście coś podobnego chciała uzyskać, to mogła to zrobić za pomocą sprytnego wkręcenia do resortu zaufanych ludzi, a do tego wystarczył im Rokita jako minister. Po drugie, dlatego że Kaczyński nie powiedział tego "bez kontekstu", lecz był to jego komentarz do żądania platformy, aby jeden z resortów bezpieczeństwa był w ich rękach (tzn. nie sugerował, że PO postawiła taki warunek, lecz spekulował tak o zamiarach PO). Po trzecie - jeśli ktoś nadal wierzy w prawdomówność Kaczyńskiego, to proszę wpisać w Góglach "Kaczyński kłamie" - gwarantuję, że znajdziecie bynajmniej nie naciągane przykłady jego kłamstw.

Zarzut piąty, jakoby PO wysunęła wspomniany argument celowo, by zerwać rozmowy o koalicji (o ile ja sobie przypominam, ten argument wcale nie przesądził o tym, że koalicja nie powstanie!), jest również wyssany z palca. Rozmowy na ten temat można było prowadzić nadal, być może Kaczyński nawet zgodziłby się na jakąś zapchajdziurę, gdyby rzeczywiście zależało mu na koalicji. Nie to było jednak punktem kluczowym w zerwaniu owych rozmów.

I tego ostatniego, szóstego, również nie można traktować poważnie. Przewidywana koalicja PO-PiS była wstępnie uzgadniana jeszcze przed wyborami i parę deklaracji padło - bynajmniej nie było tam robionych planów z założeniem, że określona partia wygra. Przed tymi wyborami PO i PiS umówiły się, że stworzą koalicję niezależnie od tego, kto wygra wybory, oraz że wygrana partia desygnuje premiera, a przegrana marszałka sejmu.

A o tym ostatnim wspominam nie bez przyczyny, bo Ziemkiewicz ten wątek akurat cwaniacko pominął, tak jakby tego w ogóle nie było. Tak, Panie Ziemkiewicz, to jest właśnie stronniczość i manipulacja, dokładnie taka sama, jaką zarzucasz Pan michnikowszczyźnie.

Bo to właśnie zdarzenie jest tak naprawdę tutaj kluczowe; zdarzenie, które tak naprawdę przesądziło o tym, że ta koalicja nie powstanie. Co więcej, całkowicie przeczy Ziemkiewiczowej teorii o tym, że PO usiłowała wziąć PiS pod but.

Przypomnę zdarzenie. Podczas wyboru marszałka sejmu, PiS głosami swoimi oraz Samoobrony i LPR przepchnęło Marka Jurka, wbrew PO, która wystawiła Bronisława Komorowskiego. Tyle faktów. A teraz parę konkluzji.

Po pierwsze, podobno PO i PiS miały zawierać koalicję i jeszcze nic nie było przesądzone. Jeżeli PiS uważało, że lepszym marszałkiem będzie Marek Jurek, to mogli to uzgodnić z PO. Jeżeli uważali, że byłby lepszy ktoś inny, czy w ogóle mieli jakiekolwiek zastrzeżenia do tej kandydatury - również mogli to uzgodnić wcześniej. Zrobili jednak tak, jak zrobili. Przecież oczywiste jest, że było to wcześniej uzgodnione z Samoobroną i LPR; w jakąkolwiek spontaniczność owej zgodności SO i LPR z PiS-em nie uwierzę, bo coś takiego się na razie nie zdarzyło w polskiej polityce.

Jeżeli więc uzgodnili taki szczegół, i jeżeli faktycznie owo głosowanie było takim zaskoczeniem dla PO, to oznacza tylko jedno - zakulisowe rozmowy o koalicji PiS z LPR i Samoobroną toczyły się już wcześniej, najprawdopodobniej jeszcze przed wyborami.

Co więcej, pamiętam pogłoski - ale niestety tylko pogłoski (nie jestem dziennikarzem, więc nie próbowałem dotrzeć do takich informacji) - że Jarosław Kaczyński w jakimś wywiadzie sam się chwalił, że nigdy nie zamierzał zakładać koalicji z PO. Oczywiście nawet jeśli to prawda, to można zakładać, że po prostu kombinował po fakcie, żeby wyjść z tego wszystkiego z twarzą, ale takie założenie wydaje mi się dość karkołomne - jeśli Kaczyński mówi coś takiego, co miałoby tak pognębić rywala, to raczej mówi to z satysfakcją (na zasadzie - o! jak ich pognębiłem!), a nie dla jakiejkolwiek budowy wizerunku. To oznacza, że mówił szczerze - dokładnie tak samo szczerze jak szczerze Kurski mówił, że "ciemny lud to kupi".

Ale przypomniało mi się też jeszcze coś ciekawego. Może ten filmik jeszcze dałoby radę znaleźć w jakimś serwisie. Jakoś tak zaraz po wyborach, albo zaraz przed, nie pamiętam, w każdym razie rozmowy o koalicji PO-PiS miały się dopiero rozpocząć, Kaczyński udzielał na szybko wywiadu. Mówił w nim o tym, jak to jego partia zawrze koalicję "z Samoobroną. To jest, przepraszam, z Platformą Obywatelską". W tym wywiadzie drugi raz jeszcze użył nazwy partii koalicyjnej i drugi raz zresztą powiedział o Samoobronie, zaraz się oczywiście poprawiając, że chodziło mu o Platformę Obywatelską.

Niby bzdura i takie tam głupie przejęzyczenie. Ale Samoobrona wyglądała nawet w ostatnich sondażach jako partia trochę w tyle i nie licząca się specjalnie w rozdawaniu kart po tych wyborach. Dlaczego więc Kaczyński w tamtej chwili myślał o Samoobronie, co więcej, dlaczego Kaczyński wymienił Samoobronę, gdy zapytano go o zawiązywanie koalicji? Nie wiem, co zasugerowałby Ziemkiewicz, natomiast jeśli ja miałbym spekulować, to po prostu Kaczyński tak bardzo nie umie kłamać, że mu się wypsnęło co nieco o jego prawdziwych zamiarach. Jeśli zapytany o koalicję odpowiadał "Samoobrona" - to znaczy, że w jego umyśle powstała już asocjacja "koalicja = Samoobrona", a jeśli powstała taka asocjacja, to znaczy, że musiał on przewidywać koalicję z Samoobroną. Nawet jeśli przewidywał ją jako "plan B". Ale Kaczyński nie jest aż tak zdolny do lawirowania z uwagi na ograniczoną (przede wszystkim!) ilość zaufanych ludzi w otoczeniu. Jeśli więc istniała w jego umyśle samoczynnie wyskakująca na zawołanie asocjacja "koalicja = Samoobrona", to znaczy, że koalicja z Samoobroną była dla niego "planem A", a nawet powiedziałbym planem jedynym.

Tak mniej więcej wygląda sprawa "niewyszłej" koalicji PO-PiS. Niewyszłej właśnie dlatego, że Kaczyński tak to zaplanował i tak to wcześniej uzgodnił z Samoobroną i LPR. Wybór Marka Jurka na marszałka głosami PiS, Samoobrony i LPR, wbrew wcześniejszym ustaleniom, że marszałka desygnuje partia drugorzędna, jest dla mnie na to wystarczającym dowodem. Jest również dowodem na to, że to nie PO usiłowało prowadzić rozmowy z pozycji silniejszego (po prawdzie zresztą, przy odpowiednio sprawnym podejściu do sprawy PO mogłaby zyskać nawet więcej władzy, niż by to wynikało z liczby mandatów), tylko PiS usiłowało najpierw obciąć PO zęby i jaja. Wchodzenie w koalicję przy takim postawieniu sprawy nie miało sensu - skoro Kaczyński był już dogadany z Samoobroną, to oznaczało, że byłby w stanie przegłosować wszystko, co by mu się podobało, wbrew PO, niezależnie od jakichkolwiek umów koalicyjnych. Zresztą, co tu mówić o jakimkolwiek dotrzymywaniu umów, skoro nie potrafili nawet dotrzymać umowy w sprawie desygnacji premiera i marszałka. PO będąc w takiej koalicji z PiS-em to byłaby PO bez jaj i bez zębów; nawet ustawy gospodarcze PiS z Samoobroną uwaliłyby na pniu, a o PO wszyscy by mówili, że była w rządzie, a nie potrafiła niczego zrobić. Ostatecznie więc można stwierdzić, że pewnie koalicja PO-PiS była dla Kaczyńskiego jakimś "planem B", ale obliczonym na to, że w takiej koalicji to PO się szybko zużyje, a potem Kaczyński zrobi wybory i zgarnie całą pulę. Ale to było zbyt naiwne, żeby Tusk dał się na to nabrać, dlatego był to najwyżej "plan B".

Tyle na ten temat.

Ziemkiewicz podejmuje również ciekawy temat nagonki medialnej.

Oczywiście można na to patrzeć z różnych stron. Z jednej strony można to określać jako spiskową teorię dziejów. Z drugiej, mieliśmy przecież do czynienai już z podobnym zjawiskiem wiele lat temu (gdzie głosem wiodącym była GW), więc co niby miałoby się zmienić. Niestety, ja na to patrzę inaczej, niż Ziemkiewicz.

Ziemkiewicz sugeruje, jakoby wszystko, co złego media mówiły o Kaczyńskim i PiS, było przejaskrawione, naciągane, nadymane ponad miarę, przedstawiane stronniczo. Co ciekawe, kiedy rząd PO-PSL robił te same rzeczy, które robił wcześniej rząd PiS-u, media w zupełnie inny sposób je przedstawiały. Na przykład protest lekarzy: kiedy rządził PiS, to mówiło się o okrucieństwie, zagłuszaniu pielęgniarek, bezczelności premiera, który kazał policji siłą usuwać protestujące pielęgniarki - a kiedy rządziło PO, media tym razem dziwnie zainteresowały się, ile kosztowało futro przewodniczącej związku pielęgniarek i ile zarabiają te pielęgniarki co tak najbardziej protestują.

Mimo wszystko powstaje z jego opisu takie wrażenie, jakby w przypadku Kaczyńskiego skupiono się na wszystkich możliwych wpadkach, a w przypadku PO mamy tylko pochwały.

Cóż, może ja byłem w o tyle lepszej sytuacji, że nie oglądam telewizji, a jeśli czytam gazety, to tylko sporadycznie "Wprost", ewentualnie już bardzo sporadycznie "Newsweek". Nie odbierałem więc tego w taki właśnie sposób. Dzięki temu dowiedziałem się o bardzo wielu przykładach nieprofesjonalnego zarządzania w wykonaniu Kaczyńskiego, ale również sromotnej porażce jednej z pierwszych zagranicznych wizyt premiera Tuska w Niemczech.

Niestety, wbrew temu, co się wydaje Ziemkiewiczowi, przykładów kompromitowania Polski za granicą dostarczali sami Kaczyńscy wielokrotnie i do tego celu nie trzeba było dowiadywać się różnych rzeczy od polskich redaktorów; wystarczyło po prostu mieć tłumaczenie tego, co mówili sami politycy PiS, z Kaczyńskimi na czele. Oczywiście, że było to często przejaskrawione, oczywiście że wiele z tych informacji były naciągane, jeśli nie wyssane z palca, ale to nie znaczy, że nie można ich traktować poważnie.

Ja patrzę na to zupełnie inaczej, niż Ziemkiewicz. To nie jest kwestia poglądów takich-czy-innych, że akurat na takie rzeczy się zwraca uwagę, czy też tą samą rzecz przedstawia się inaczej w zależności od poglądów redaktora. To wynika przede wszystkim z tego, że - jak sam Ziemkiewicz pisał w bodajże ostatnim jego felietonie, jaki się ukazał we "Wprost" - większość polskich redaktorów można śmiało zastąpić stojakiem do mikrofonu. Wiele przykładów kompromitacji Kaczyńskich zarówno w kraju, jak i za granicą, było całkowicie realnych i wcale nie naciąganych. Tylko po prostu te akurat materiały były przygotowane rzetelnie przez profesjonalnych dziennikarzy, natomiast cała reszta była przygotowana przez jakieś dziennikarzyny, które z lubością pluły na Kaczyńskich, żeby "zabłysnąć". Takim ciekawym przykładem owego dziennikarzyny jest pewien dziennikarz, który w okresie, gdy Małysz po serii sukcesów doznał "obniżenia formy", nazwał Małysza "drugim Gołotą". Objechać, opierdolić, zmieszać z błotem i wytrzeć sobie nimi buty - to jest najważniejsze, a czy piszemy o faktach, to ma już mniejsze znaczenie.

Nie nagłaśniano również sukcesów rządu, a te były nawet dość istotne dla ludzi. Problem tylko w tym, że Kaczyński sam zadbał o to, by najwięcej mówiono o sprawach głośnych; przecież nie mówimy tylko o tych rzeczach, z których zdawano jedynie relacje dziennikarskie, bo jak wiadomo, jak robimy skrót, to wycinamy, co nam się podoba. Mówimy też o rzeczach takich, jak różne konferencje prasowe, czy wystąpienia z trybuny sejmowej - a tam również jakoś o tych sukcesach rządu, które by interesowały przeciętnego człowieka, nie było słychać nic. Nawet Jacek Kurski, który wychwalał rząd pod niebiosa, żeby uzasadnić wniosek o jego odwołanie (nie dopatrujcie się w tym logiki, to ma tylko "ciemny lud kupić" - ciekawe, czy to Ziemkiewicz również uważałby za medialną manipulację) nie powiedział o niczym, co interesuje zwykłych, przeciętnych ludzi; mówił o pierdołach, które interesować mogą ludzi zanurzonych po uszy w poprzednim systemie, pracowników budżetówki, związki zawodowe i inne takie, natomiast na pewno nie "klasę średnią". Dziennikarze naprawdę nic nie musieli robić, żeby pogrążyć ten rząd - wystarczyło tylko pokazywać tych polityków na żywo i kazać im mówić.

Dlaczego PiS jednak nie tracił popularności, mimo tej nagonki ze strony mediów? Dlatego, że ludziom wciąż się wydawało, że mimo kompromisów, jakimi okupione były rządy Kaczyńskiego, ten rząd jednak zrobi przynajmniej jedną najistotniejszą rzecz, do której się zobowiązał. Protesty prawników ich nie ruszały: kto by ich tam lubił. Protesty lekarzy również - każdy wie, że najgłośniej protestowali ci, co najwięcej zarabiali. Co więc zaważyło?

Nie wiem. Nie jestem w stanie powiedzieć głównie dlatego, że po żadnym z wyskoków PiS-u nie spadła moja sympatia do tej partii - była niska jeszcze przed wyborami. Aczkolwiek oczywiście liczyłem mimo wszystko na to, że spróbuje cokolwiek jednak zrobić, żeby mnie przekonać, że może i warto było jednak na nich głosować. Niestety - nie tylko tego nie zrobili, ale dodatkowo utwierdzili mnie w dotychczasowych przekonaniach.

To nie były wymysły dziennikarzy, że odbyła się spartolona akcja w ministerstwie rolnictwa. Że Ziobro pokazał "gwóźdź", który miał dowodzić, że niczego Lepperowi nie powiedział. Że agenci CBA bawili się w sfingowane romansowanie, żeby wykonać "prowokację policyjną", oraz przedstawiali urzędnikowi fałszywe dokumenty, aby mógł na ich podstawie dokonać odrolnienia. Że przerwano ramówkę telewizyjną, aby nadać materiał o p. Sawickiej, tak jakby ona była winna co najmniej organizacji zamachu terrorystycznego lub kupowania ustaw, tylko dlatego, że w owym czasie była członkiem PO - podczas gdy podobnych przekrętów było na pęczki i jakoś nie nagłaśniano ich z hukiem w telewizji. To wszystko są medialne zagrywki obliczone na tanią rozrywkę. A jednocześnie o tym, co dobrego udało się dokonać PiS-owi w czasie ich rządów, nie wspominała nawet zawłaszczona przez PiS telewizja państwowa!

Tak zresztą ja nawet w ostateczności mógłbym Kaczyńskim wybaczyć naprawdę wiele. Wybaczyłbym im uczynienie Romana ministrem edukacji i Leppera ministrem rolnictwa. Wybaczyłbym nawet Annę Kalatę w ministerstwie pracy, choć przychodzi mi to naprawdę z największym trudem. Z jeszcze większym trudem wybaczyłbym mu, na bardzo upartego, emerytury pomostowe. Oczywiście, żeby było jasne: mówię o "wybaczaniu" w sensie politycznym, to znaczy, że udzieliłbym, w razie konieczności, poparcia takiemu politykowi, a jeśli nie wybaczam, to oznacza, że tego poparcia za kij nie dostanie.

Nie wybaczę zatem Kaczorom nigdy w życiu umieszczanie na eksponowanych stanowiskach takich ludzi, jak Gosiewski, czy Fotyga. To jest dokładnie ta sama metoda, jaką stosowało SLD powołując na Wiatra na ministra edukacji. Nie wybaczę tego, że traktuje się użytkowników internetu jako pijaków i seksoholików, że z pogardą traktuje się widzów "Szkła kontaktowego" (bardzo podobnego zresztą programu do emitowanego jakiś czas temu przez Polsat "Sztuka informacji"). Nie wybaczę tego, że najbardziej podejrzliwie traktuje się wszystkich tych, którzy zarabiają duże pieniądze, że takim ludziom najbardziej się chce utrudniać życie. A jednocześnie za pieniądze z mojej podatkowej krwawicy fundował sobie dwa razy w tygodniu przelot helikopterem na Hel i z powrotem. To wszystko są dokładnie te same metody, które stosowała komuna. Nie życzę sobie, żeby mnie, człowieka który wszystkie w życiu pieniądze zarobił w uczciwy sposób, traktowano z pogardą. Nie życzę sobie, żeby mój kraj był reprezentowany przez człowieka, który z przyjęcia z okazji święta niepodległości, na które zaprosił ważne osobistości z zagranicy, zrobił sobie prywatkę za nie swoje pieniądze.

Są rzeczy, które w przypadku "zwykłego człowieka" są zachowaniem akceptowalnym, a w przypadku polityka już nie. Cokolwiek bym myślał o Michniku (owszem, zdanie o nim mam wyrobione głównie dzięki twórczości Ziemkiewicza, ale przytacza on wystarczająco suchych faktów i cytatów, żebym nie traktował tego jako materiał stronniczy), zgadzam się tu również z Ziemkiewiczem, który pozwolił sobie raz wyjątkowo stanąć w obronie Michnika: nie zaproszenie go na obchody Marca '68 było ze strony prezytenta wyjątkowym nietaktem. I bardzo podobnie ostatnio prezydent zachował się wyjątkowo nietaktownie nie zapraszając na przyjęcie z okazji święta niepodległości prezydenta Wałęsy. Co to kogo obchodzi, że prezydent jest z kimś skłócony? Wałęsa jest może i cieniem polityka i lepiej niech się z politykę nie bawi, ja również nie mam o Wałęsie zbyt dobrego zdania itd. - ale mimo wszystko Wałęsa jest pewnym symbolem, tym ważniejszym jeśli chodzi o święto niepodległości. Na swoje własne, prywatne przyjęcie pan Lech Kaczyński może sobie zapraszać lub nie zapraszać kogo zechce; pan prezydent Rzeczypospolitej Polskiej ma obowiązek zachować się jak polityk, jak dyplomata, jak godny reprezentant swojego kraju, w sposób licujący z zajmowanym przezeń stanowiskiem.

Oczywiście, gdyby Wałęsa - w związku z pokłóceniem z Kaczyńskimi - nie przyjął zaproszenia, zachowałby się równie niegodnie, ale sądzę, że tego by akurat nie zrobił. Nieważne czy dlatego, że miałby na tyle przyzwoitości, czy dlatego, że straciłby wtedy okazję do pobrylowania. Chodzi o to, że na czas tak ważnego wydarzenia, jak obchody święta niepodległości, pokłóceni prywatnie ludzie mogliby na chwilę stać się dyplomatami i o tym pokłóceniu zapomnieć - nikt im zresztą nie kazałby ze sobą nawet rozmawiać czy demonstracyjnie podawać sobie ręce; chodzi o to, żeby oddać honor temu, komu ten honor się należy. Jeśli ktoś tego nie rozumie - a Kaczyńscy tego nie rozumieją - nie jest godny piastowania takiego stanowiska.

Tusk też popełnia błędy, często nie mniejsze od tych, które popełniali Kaczyńscy. Ale Tusk przynajmniej stara się dbać o swoją reputację - i też nieważne czy dlatego, że piastuje stanowisko, które zobowiązuje, czy dlatego, że sam zamierza się ubiegać o fotel prezydenta. Tusk jest politykiem, który rozumie, że prywatne wojny można sobie toczyć na forum prywatnym, a gdzie w grę wchodzi funkcja publiczna, trzeba te prywatne wojny odłożyć na bok. Nie żebym Tuska jakoś specjalnie bardziej cenił, bo akurat przypadkiem udało mu się spartolić wizytę w Niemczech, a także niejednokrotnie pokazał, że z umiejętnością zarządzania "z prawdziwego zdarzenia" jest on również na bakier, a na dodatek zmarnował bardzo dużo czasu, podczas którego z patologiami od lat trawiącymi Polskę jego rząd nie zrobił dosłownie nic. Zwracam jednak uwagę na to, że zarówno politycy PiS, jak i politycy PO, robili wokół siebie medialny szum - ale różnica tkwi właśnie w tym, do czego przyciągali uwagę ludzi.

Kaczyńscy są skończeni. I tym razem pewnie na zawsze. Brak profesjonalizmu w zarządzaniu u Kaczyńskiego tak naprawdę ma korzenie jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy - jak sam Ziemkiewicz pisze - kandydatów na przywódców prawica miała aż nadto. Kaczyński poradził sobie jeśli chodzi o "porwanie tłumów", ale to nie wystarczy, aby zarządzać. Zarządzanie z prawdziwego zdarzenia polega na umiejętności podejmowania decyzji, przyjmowania do wykonania najsensowniejszych rozwiązań i najlepszych pomysłów - a do tego trzeba umiejętności analitycznego myślenia, oraz umiejętności wyciszenia swoich własnych emocji; bez tego nie ma mowy o żadnym sprawnym zarządzaniu. Człowiekiem, który tego nie potrafi, bardzo łatwo jest manipulować, co udowodnił przypadek Kaczmarka (i Netzla), a także w przypadku Lecha Kaczyńskiego - sprytne przekonanie go do odstąpienia od "pierwiastka".

Lech Kaczyński jest człowiekiem, który totalnie nie nadaje się na polityka, ani na pełnienie jakiejkolwiek funkcji publicznej. Udowodnił to zarówno wtedy, gdy był ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, wtedy, gdy był prezydentem Warszawy, jak i teraz, gdy jest prezydentem Polski. A Jarosław Kaczyński nie nadaje się do zarządzania. Jest natomiast sprawnym strategiem; gdyby zatem był np. szefem zespołu do spraw opracowania strategii politycznej i wypracowywania pomysłów i rozwiązań, o realizacji których decyzję podejmowałby już prawdziwy menedżer, pewnie byłby z niego pożytek. A tak - cóż. Dopóki nie zrozumie, że pewnych umiejętności nie posiada i do pewnych rzeczy się nie nadaje, więc niech się do nich nie pcha, jego poparcie polityczne będzie malało. I nic nie wskazuje na to, żeby cokolwiek miało go przed tym powstrzymać.

koniec?



Może za jakiś czas mi coś jeszcze przyjdzie do głowy. Na razie - OVER.